Zbrojni – Terry Pratchett

Witajcie w Ankh-Morpork, Grodzie Tysiąca Niespodzianek, „kraina wielkie możliwości”*, gdzie „nawet g… (fekalia) ma swoja ulica”*. Mieście, którego mieszkańcy bywają geograficznie rozbieżni na półkuli finansowej. Mieście, w którym za zbrodnię winowajcy musi być wymierzona kara. „Jeśli ów konkretny zbrodniarz winowajca zostanie uwzględniony w procesie karania, jest to szczęśliwy przypadek, ale jeśli nie, to wystarczy dowolny zbrodniarz, a że każdy niewątpliwie był winien jakiegoś przestępstwa, to w sensie ogólnym sprawiedliwość tryumfowała.”* Mieście, gdzie działa wyłącznie przestępczość zorganizowana. Mieście, gdzie nawet psy i żebracy mają własne Gildie.

Kapitan Vimes wkrótce się żeni, trzeba więc będzie kogoś mianować jego zastępcą. Tylko kogo? Fred Colon to urodzony sierżant. Nobbs… nie! A może kapral Marchewa? W końcu ma krsimę. Charyzmę. Jedną z nich. Trudna decyzja, a czas ucieka nieubłaganie.

Zostań prawdziwym mężczyzną w Straży! Straż Miejska potrzebuje ludzi!* Patrycjuszowi zależy na tym, aby wśród nich znaleźli się przedstawiciele mniejszości etnicznych Ankh-Morpork. Do znanych nam już z tomu Straż! Straż! strażników miejskich dołączają więc młodsi funkcjonariusze Detrytus – troll, Cuddy – krasnolud (urodzony naturalnie, nie przez adopcję), oraz Angua – kobieta (no może z wyjątkiem jednego tygodnia  w miesiącu :P). Krasnolud (urodzony przez adopcję, nie naturalnie) Marchewa ze łzami w oczach odbiera klątwę i rozpoczyna się szkolenie rekrutów.

Zło jednak nie próżnuje, a ulice podwójnego miasta to bynajmniej nie Pola Elizejskie. Obywatele giną w zadziwiający i niezarejestrowany sposób, a o przyczynie ich śmierci mógłby powiedzieć co nieco Leonard z Quirmu, gdyby akurat nie był zaginiony.

„Chubby nie był szczęśliwym smokiem.
Tęsknił za kuźnią. Całkiem mu się tam podobało. Miał tyle węgla, ile mógł zjeść, a kowal nie był człowiekiem okrutnym. Chubby niewiele pragnął od życia i dostawał to.
Potem przyszła ta wielka kobieta i wsadziła go do zagrody. (…)
Właściwie to nawet był zadowolony, kiedy nocą ktoś go stamtąd zabrał. Myślał, że wraca do kowala.
Teraz zaczynał sobie uświadamiać, że stanie się inaczej. Siedział w skrzynce, obijał się o ścianki i zaczynał odczuwać irytację…”*

Kto zostanie mianowany następcą Kapitana Vimes’a?Kto i po co porwał Chubby’ego? Czy Ankh-Morpork potrzebuje króla?

Moje kolejne spotkanie z Pratchettem jest chyba nawet bardziej udane,  niż poprzednie. Po nerwówce, jaką ostatnio miałam Zbrojni byli prawdziwym balsamem dla duszy – płakałam ze śmiechu, jednocześnie zmuszając umysł do wysiłku. Unikat. Niezły kawałek fantasy, rewelacyjna humoreska, wciągający kryminał – a wszystko na raptem 314 stronach. Nie mam się do czego przyczepić (już nawet okładka jest mi obojętna) – postacie prawdziwe, dialogi żywe, suspence, humor, rozbudowana fabuła, ciekawie wykreowany świat… Nie wiem, jak ten facet to robi, ale niech to robi dalej!

Ocena: 5/5

_____________
*cytaty z książki

tytuł oryginału: Men at Arms
tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 314
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: zakupiona w Emiku
Reklamy

Skyline

Tym razem dość nietypowo postanowiłam zrecenzować film, z którego właśnie wróciliśmy (tak, to już pięciomiesięcznica naszego małżeństwa :)).

Don’t look up

Spojrzeliście? Podobało się?Poszlibyście na ten film? My poszliśmy. Niestety. In other words: it didn’t turn out too well.

Zaczyna się… rewelacyjnie: na ulice LA spadają lśniące na niebiesko obiekty. Emitują oślepiające światło, które przemienia ludzi w zombie (wychodzą im żyłki i oczy stają się mętnie białe, dodatkowo idą bezwiednie ku źródłom światła).
Potem następuje retrospekcja. I zaczynają się schody.

Fabuły brak. Kurczę, nie spodziewałam się, że kiedykolwiek będę zmuszona napisać na temat jakiegokolwiek dzieła coś aż tak dyskryminującego, błąd: dyskwalifikującego, ale nadszedł ten moment. Nie wiem, o czym to było. Tak totalnie nieuzasadnionych śmierci nie widziałam nawet w kilkunastu częściach „Piątek trzynastego” oraz „Oszukać przeznaczenie” razem wziętych.

Płytkie postacie to za mało powiedziane.  Horyzont zdarzeń – to jest idealne określenie. Nie udało nam się ustalić, czy główny bohater i jego najlepszy kumpel to: a) gwiazdy rapu (J-Rock i jego czarnoskóry kumpel T-Money) czy też b) raczej spece od fx, albo c) graficy komputerowi. W każdym razie Jared przyjeżdża do LA z ciężarną dziewczyną (przykro mi, imienia nie pomnę) i, kolokwialnie mówiąc, „robią” za ubogich krewnych. Cielęcym wzrokiem podziwiają uroki penthouse mieszczącego się w szklanej pułapce. Potem jest impreza urodzinowa Terry’ego. Niby ostra popijawa, nawet dozorca interweniuje, ale… A potem zaczyna się inwazja (choć to słowo nie pada ani razu), a film robi się zwyczajnie żenująco nudny. Albo żenujący i nudny, jak kto woli.

Wyobraźcie sobie machiny z „Wojny Światów” skrzyżowane z Obcym i Predatorem – tak wygląda orga-mecha rasa atakująca Ziemię. A, i świecą im pajęcze oczy. Do tego są latający orga-mecha łowcy przypominający mi do złudzenia skrzyżowanie meduzy ze tym co atakowało Nabuchodonozora w Matriksie dwójce. A, i żywią się mózgami. Albo napędzają. Nie wiem, nie ważne zresztą. Do tego statek matka – skrzyżowanie statku ze świątecznego odcinka Doctor Who sezon I/II ze statkiem Mondoshawan’ów… A, i można wstrzelić rakietę w rdzeń to zrobi „Bara bum”. Mało Wam? Dorzucę: początkową scenę z „Mulholland Drive”, „Szklaną pułapkę”, „Terminatora”, „Dzień Niepodległości”… mogłabym tak dalej, ale… chyba wystarczy, żeby zrozumieć, że zdecydowanie nie warto?

A, byłabym zapomniała: zakończenie wywołało mój niesmak, bo rozczarowana byłam po 30 minutach projekcji.

Vaya con Dios, SOB – tak Kochani, to jest cytat z filmu.

Dobrze, że przynajmniej towarzystwo miałam najlepsze z możliwych :*

Ocena: 0,5/5 – bo na końcu fajna muzyka.

A na zakończenie coś, co wywołało minutę ciszy na reklamach przed projekcją:

Usprawiedliwiam się ;)

Ehh, wiem, że ostatnią recenzję zamieściłam aż tydzień i dwa dni temu… obiecuję poprawę 🙂 Ostatnie dwa tygodnie były dla mnie wyjątkowo ciężkie, niewiele brakowało, a rzuciłabym pracę, ale „twardym trza być, nie miętkim” – wywalczyłam sobie awans (a pracodawca następnym straszy…) 😀

Tak więc, skoro dziś dostałam aneks do umowy o pracę, niedługo pojawi się recenzja „Zbrojnych” (z góry lojalnie ostrzegam, że będę Was mocno namawiała do lektury), potem mam nadzieję skończyć „Miasto i Miasto”, które baaardzo mi się podoba 🙂

Zasłuchuję się nią od soboty, może i Wam się spodoba? 😉

Losowanie :)

Kochani, dziękuję wszystkim za udział w konkursie 🙂 Gdybym wiedziała, że zgłosi się aż tyle osób, przewidziałabym jakąś dodatkową nagrodę, niestety Zwycięzca może być tylko jeden (i nie będzie to moja Siostra :P) 😉 Cóż, następnym razem (czyli w nie tak znowu odległej przyszłości) podniesiemy stawkę 🙂

Mąż bardzo dziękuje za życzenia 😀 Szczerze mówiąc idea konkursu z okazji jego własnych urodzin bardzo mu przypadła do gustu – niestety dla mnie, z przyczyn niezwykle przyziemnych: biblioteczka jakby odrobinę mniej pękająca w szwach choć przez moment 😛 Niemniej jednak z tej radości napisał specjalnie na tę okazję prostą, acz bezduszną 😉 maszynę losującą 😀

Losowanie odbyło się w samo południe, a wyglądało tak:

aby zobaczyć film w pełnej rozdzielczości wystarczy kliknąć box lub link http://www.youtube.com/watch?v=U9kpf8aw-AE

Zwycięzcy serdecznie gratulujemy 😀 proszę o przesłanie maila zwrotnego z adresem do wysyłki 🙂

Stosik znienacka – czyli jak sobie poprawiam humor :)

Zła, zła końcówka stycznia. Nie dość, że pracuję ostatnio jak dzika, to jeszcze poczta działa nawet gorzej niż zwykle… Ehh, urlop by się przydał. Najlepiej dłuuuugaśny. A póki co:

Angelologia Danielle Trussoni – tolinowa wygrana z LC – raczej daleko w kolejce
Dworzec Perdido China Mieville – uzupełnienie poprzedniego stosiku – jakby doba miała powiedzmy 48 godzin, z czego w pracy spędzałoby się 8 z nich to recenzja pojawiłaby się jakoś tak w przyszłym tygodniu… a tak – czeka
Zbrojni Terry Pratchett – dzisiejszy nabytek. TAK, kompulsywne kupowanie. TAK, właśnie zaczęłam czytać, bo taki humor jest balsamem jakiego mi trzeba
Straż nocna jw., za wyjątkiem tego, że nie czytam w tej chwili…

Obiecanej wisienki na torcie, przesyłki od Inki i tolinowej wygranej nr dwa nie ma. Bo pracuję jak dzika (czytaj: zaraz dostanę negatywny komentarz na allegro,  bo zapłaciła, a odebrać nie raczy) a poczta działa jak działa…

Ja chcę wiosnę!!!

Przypominam, że Konkurs kończy się już o północy dnia 28.01.2011 🙂

Szeptem – Becca Fitzpatrick

„Szeptem” to debiutancka powieść Becci Fitzpatrick. Dodałam sobie ją kontrolnie do listy „chcę przeczytać” tuż po premierze, ponieważ, nie będę owijać w bawełnę, urzekła mnie okładka. Jednak ci z Was, którzy śledzą mojego bloga, a dokładniej stosiki, wiedzą, że kolejkę mam dosyć długą, „Szeptem” stało gdzieś przy jej szarym końcu, szczególnie jeśli chodzi o zaopatrzenie się w tę pozycję. Kiedy Wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi ją do recenzji, zgodziłam się bez wahania, a jednak ciężko było mi się za nią zabrać. Dlaczego? Bo bałam się rozczarowania, a nawet przeróbki pewnej wampirzej sagi. Czy słusznie?

Zasiadam z książką pod pachą w mym super tajnym wehikule czasu (hmmm, właśnie się wydało!) i ustawiam zegary na maj 1996. Robię to, aby spojrzeć na książkę z właściwej perspektywy, w końcu nie mam już 16 lat i zdecydowanie mój odbiór tego typu literatury jest inny. Widzę dawną siebie zatopioną w lekturze, czytam „Zew Cthulhu”. Oj, nie wróży to dobrze książce Pani Fitzpatrick…
Nic to, znajduję sobie cichy kącik i otwieram książkę.

Prolog przenosi mnie do XVI-wiecznej Francji, gdzie młody książę Chauncey spędza mile czas z młodą wieśniaczką. Już po kilku zdaniach ogarnia mnie nastrój książki – mroczny i tajemniczy. I nawet mi się to podoba, mam w końcu 16 lat i słucham metalu – to moje klimaty.

Narratorką jest 16-letnia Nora Grey, anemiczna (dosłownie, nie w przenośni – chorująca na anemię), chuda ciemnowłosa dziewczyna, z powodu niedawnej straty ojca (został zamordowany w tajemniczych okolicznościach) regularnie odwiedzająca szkolnego psychologa. Na biologii (swoją drogą – o co chodzi z tą biologią w amerykańskich książkach, serialach i filmach???) nauczyciel z okazji lekcji o rozmnażaniu człowieka przydziela wszystkim nowych kolegów z ławki i tym oto sposobem Nora poznaje Patcha. Chłopak budzi w niej wyjątkowo sprzeczne uczucia o zabarwieniu raczej negatywnym. Poza pociągiem fizycznym, jaki do niego czuje, wydaje jej się on „palantem” oraz nałogowym palaczem cygar, poza tym napawa ją strachem.

Nora potrąca jakiegoś mężczyznę samochodem swojej przyjaciółki, jednak, gdy dziewczyny idą oszacować zniszczenia, pojazd jest praktycznie bez szwanku. Patch pojawia się wszędzie tam, gdzie ona, nawet podczas randki z Elliotem Saundersem, nowym uczniem w Coldwater, który skrywa mroczną tajemnicę. Dziewczyna czuje się osaczona i zagrożona, a wokół niej zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Komu może ufać?

Nora nie jest, w przeciwieństwie do Belli, samotną wyspą dryfującą w morzu swej wybujałej uczuciowości. Ma przyjaciółkę, Vee Sky, która szczerze mówiąc mnie od pierwszej chwili irytowała swoją infantylnością i monotematycznością. Dziewczyny pracują w szkolnym e-zinie, chodzą na zakupy (Nora może nie przykłada specjalnej wagi do stroju, jednak niewątpliwie nie nosi wiecznie dżinsów i podkoszulki), na kawę, do restauracji, oraz regularnie do kina aby recenzować repertuar czytelnikom. Nora bywa też w bibliotece (Vee niekoniecznie). Pojawia się również postać wrednej cheerleaderki Marcie. Ha! Mało tego, Fitzpatrick wprowadza element niepewności, kiedy na scenę wchodzą Elliot i Jules. Słowem – świat Nory nie zaczyna się i nie kończy na Patchu.

Patch natomiast… no cóż, urody odmówić mu nie można, podobnie jak magnetyzmu, jednak Fitzpatrick udało się nie zrobić z niego potulnego kotka. Do końca nie wiemy też, czy jego dobre zamiary względem Nory są czyste, czy może jest on wcieleniem zła. Patch nie walczy z dwoistością swej natury, po prostu autorka nie odkrywa wszystkich kart. Duży plus dla niej.

Polubiłam główną bohaterkę za fakt, że nie jest zapatrzona w Patcha jak przysłowiowa sroka w gnat, nie zachwyca się w co piątym zdaniu jaki on piękny, a w co siódmym nie twierdzi, że nie boi się go, mimo, że wie, że on mógłby ją zabić, ale ona i tak go kocha. Mało tego, czuje do niego nieodparty pociąg fizyczny, ale nie rzuca mu się ufnie w ramiona przy najbliższej możliwej okazji. Nora Gray wydaje się być mniej mdła, a jednocześnie zdecydowanie bardziej prawdziwa. Ot, nastolatka z krwi i kości, czująca pociąg do niewłaściwego faceta – jak każda.

Znów wsiadam do wehikułu, żeby napisać podsumowanie w swojej współczesności – tam przecież nie mam laptopa 😉
Mimo, że książkę czyta się bardzo szybko, fabuła (wielowątkowa!) jest wartka i nieprzewidywalna, zabrakło mi czegoś, co bardzo trudno wyrazić słowami, ale jeśli powiem, że zabrakło mi uczuciowej więzi z autorką, chyba zrozumiecie, o czym mówię. „Szeptem” czyta się z wrażeniem, że narratorka stała obok, nie w środku akcji, chociaż po doświadczeniach z Bellą Swan, może to i dobrze? Nie będę Wam wmawiać, że jest to literatura wysokich lotów, bo to nie byłaby prawda, jednak, jeśli wziąć pod uwagę regał z paranormal romance – „Szeptem” powinno być wyeksponowane dokładnie na poziomie wzroku, a drugi egzemplarz warto by postawić na dolnej półce, niech nastolatki wiedzą, że nie trzeba się ufnie rzucać w ramiona każdemu, kto na nie spojrzy 😉

Chętnie przeczytam kontynuację, gdyż, po opisie sądząc, będzie to kolejny pojedynek na linii Nora-Bella, tym razem radzące sobie z porzuceniem.

Ocena: przyjemnie zaskakujące 3,5/5

tytuł oryginału: Hush, Hush
tłumaczenie: Paweł Łopatka
Wydawnictwo: Otwarte
liczba stron: 328
oprawa: miękka
cena z okładki: 32,90 PLN
jak do mnie trafiła: książka do recenzji

Konkurs :)

Kochani, w związku z faktem, że mam wyjątkowo kiepski tydzień, postanowiłam sobie humor poprawić sprawiając komuś prezent 🙂

Postanowiłam więc w dniu urodzin mojego męża, tj. 29 stycznia, obdarować jakiegoś szczęśliwca mądrą i przy okazji ciekawą książką:

Aby wziąć udział w losowaniu wystarczy wpisać „zgłaszam się” w komentarzu 🙂 Zgłoszenia przyjmuję do północy dnia 28.01.2011, losowanie już 29 stycznia 🙂

Zapraszam! Pozdrawiam serdecznie 🙂

Syreny z Tytana – Kurt Vonnegut

„Syreny z Tytana”, opublikowane w 1959 roku, to kultowa powieść science-fiction, druga w dorobku Kurta Vonneguta i moje ponowne spotkanie z tym autorem. Co tym razem zaoferował nam Mistrz?

Pierwsze siedemdziesiąt parę stron toczy się sennie, jakby przygotowując nas na to, co dopiero ma się wydarzyć, potem następuje nagły zwrot akcji i… zaczyna się czytać z zapartym tchem. Przynajmniej ja tak miałam.

Zapytacie pewnie o fabułę…? Winston Niels Rumfoord, który wydał ogromne pieniądze na podróż kosmiczną, przerwaną jednak przez nieoznaczoną na mapach infundybułę chronosynklastyczną znajdującą się w odległości ok. dwóch dni drogi od Marsa, od dziewięciu lat materializuje się w posiadłości rodzinnej wraz ze swym psem Kazakiem co pięćdziesiąt dziewięć dni. Rumfoord został rozciągnięty w czasie i przestrzeni, dzięki czemu potrafi przepowiadać przyszłość. Jedna z jego przepowiedni ujawniona jego żonie, Beatrycze, sprawia, że ta nie chce się z nim widywać.
Malachi Constant, utracjusz i kobieciarz, zaproszony na prośbę Winstona przez panią Rumfoord na materializację, również poznaje tę tajemniczą przepowiednię, która w przeciągu kolejnych 59 dni obraca jego życie w perzynę. Co takiego wyjawił im Rumfoord?

Podtrzymuję swoje zdanie z Kociej kołyski – Vonnegut ma niesamowicie rzadki talent malowania obrazów słowami. Przy lekturze obydwu książek miałam wrażenie, jakbym oglądała film, czarno-biały, utrzymany w stylistyce klasycznych obrazów z lat pięćdziesiątych, jednak wystarczyło jedno słowo, zwrócenie uwagi na maleńki detal (np. leżący na marsjańskiej ziemi turkus, mszystozielone szorty, krwistoczerwony mundur, itd.) i nagle cała scena nasycała się kolorem. Prawdziwa uczta dla ducha!

Syreny z Tytana to, oprócz naprawdę ciekawej powieści s-f, niekończąca się satyra. Satyra na skomercjonalizowane społeczeństwo napędzane pieniądzem. Satyra na fortuny budowane na Biblii (dosłownie, nie w przenośni) i broadwayowskich spektaklach. Oziębłe kobiety i zblazowanych mężczyzn, którzy są zwyczajnie samotni ze swym bogactwem. W końcu satyra na społeczeństwo, sterowane  de facto przez kilka anonimowych osób zza pleców wielkich przywódców. Społeczeństwo, które nie ma wystarczająco dużo silnej woli, by nie dać sobą sterować, mało tego, społeczeństwo, któremu odrobina samodzielności sprawia ból.

Tutaj, podobnie jak w Kociej kołysce, Vonnegut krytykuje wszelkie religie jako takie. Mało tego, w jednym z rozdziałów czytamy niesamowicie plastyczny opis żarliwego kazania kaznodziei przeciw lotom kosmicznym. Obraz ten jest tak przerysowany, tak wykrzywiony, jakby krzyczał „Parzcie!”.
Jakby tego było mało, autor stwarza Kościół Boga Doskonale Obojętnego, który nie tylko obiecuje, ale i czyni cuda. Religia ta jest na tyle absurdalna, że nie może mieć większych szans powodzenia, jej celem natomiast jest ponownie zwrócenie uwagi czytelnika na bezmyślne podążanie za czyimś „widzimisię”…

Czy ja tę książkę polecam? W zasadzie nie. Ja nalegam, byście odżałowali parę groszy, bo nie wystarczy „Syren” przeczytać – ta pozycja powinna stać na półce, aby można było do niej w każdej chwili wrócić.

Ocena: 4,5/5

tytuł oryginału: The Sirens of Titan
tłumaczenie: Joanna Kozak
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
liczba stron: 306
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: wyprzedaż w Matras.pl, cena: 9,90 PLN

Stosik II – Styczeń 2011

Jak napisałam w ubiegłą sobotę tydzień 8-15 stycznia okazał się fiaskiem dla mojego postanowienia noworocznego. Klapa na całej linii:

Kiepski ze mnie fotograf, i muszę w końcu znaleźć ładowarkę do aparatu, bo zdjęcia z komórki to nie to 😦 Ale coś jednak widać 🙂
Po pierwsze jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności bardzo doceniłam dwóch pisarzy, jedno wydawnictwo – Zysk i Spółka i jedną księgarnię – Matras. Staroroczna wyprz 😉

Od dołu:
China Mieville „Blizna” i „Żelazna rada” – łączące w sobie elementy fantasy i steampunku kontynuacje „Dworca Perdido” , pierwszej powieści tego autora (nie będę tu udawać niewiniątka – w Matrasie jej po prostu nie było, więc czekam na przesyłkę z Merlina…). Obsypane nagrodami, a fabuła zapowiada się baardzo ciekawie 😀 Oraz słynne „Miasto i miasto” 🙂
Ostatni rejs Fevre Dream” Martina – o mrocznych wampirach 😉 Jakby co, będzie na Pabla 😛
Oraz Vonnegut: „Galapagos” i „Syreny z Tytana” obydwie zapowiadają się rewelacyjnie, o Syrenach mogę już powiedzieć, że to jest COŚ!

Stos nie jest pełny, mam dwa awiza – pewnie Tolinowe wygrane, choć czekam też na przesyłkę od Inki oraz moją pierwszą szczotkę (aż paznokcie ogryzam, bo opis mnie bardzo zaciekawił). Aaaa, i jeszcze odbiór wisienki na torcie – słowem: za tydzień też będzie co tu wkleić 😛

Czuję się wewnętrznie oczyszczona: właśnie po raz kolejny przyznałam się do zakupoholizmu 😉 Dzięki za „przeczytanie” 🙂 Pozdrawiam 🙂

Straż! Straż! – Terry Pratchett

Ci z Was, którzy już od jakiegoś czasu śledzą mojego bloga, zapewne wiedzą, że jest to moje drugie spotkanie z tym autorem, odwlekane zresztą bardzo, chyba z powodu okładek, które jakoś nigdy nie potrafiły mnie zachęcić. Pierwsze nasze spotkanie było totalnym fiaskiem – jakoś nie umiałam dostrzec oktaryny i nie skończyłam „Koloru Magii” – było aż tak źle. Jednak niedawno zawarłam z Enedtil układ: ona przeczytała swoją pierwszą książkę Christophera Moore’a, a ja podjęłam ponowną próbę zaprzyjaźnienia się z Sir Terrencem Davidem Johnem „Terrym” Pratchettem.

Po raz kolejny mgły rozstąpiły się ukazując mocno zużyty układ współrzędnych, a konkretnie podwójne miasto Ankh-Morpork znane mi już z „Koloru Magii”. Miastem włada Patrycjusz, Lord Vetinari, człowiek inteligentny, istny demokrata nie lubujący się w zbędnym okrucieństwie (w przeciwieństwie do niezbędnego). Wiele lat temu doszedł on do wniosku, że zalegalizowanie Gildii Złodziei i Gildii Skrytobójców przyniesie miastu zdecydowanie bardziej wymierne korzyści (obniży przestępczość do tej zabudżetowanej tylko), niż utrzymywanie Straży Miejskiej. Zawód strażnika stał się zatem niezbyt poważaną profesją wykonywaną jako konieczność, uwłaczającą godności, czy nawet stanowiącą karę. Ogłaszanie, że „Już dwunasta i wszystko jest w porządku” to podstawowy obowiązek Straży Nocnej (w liczbie 2 chłopa) pod wodzą kapitana Vimesa.

W odległej krasnoludzkiej kopalni złota żyje sobie Marchewa – krasnolud zgodnie ze słynną zasadą rezonansu morficznego, jednak człowiek zgodnie ze wszelkimi innymi zasadami, chłopak może nie błyskotliwy, ale za lojalny i posłuszny. Niestety, rezonans morficzny to za mało, aby mógł zostać w kopalnii, jego przybrany ojciec wysyła zatem do Patrycjusza list z prośbą o przyjęcie Marchewy na służbę w Straży Miejskiej. Prośba zostaje przyjęta, nasz krasnolud rusza więc pełen zapału, pilnie studiując „Prawa i Przepisy Porządkowe miast Ankh i Morpork”.

Świetliste Bractwo Hebanowej Nocy, tajne (i nie do końca legalne) stowarzyszenie, a raczej Najwyższy Wielki Mistrz, jako, że pozostali Bracia są raczej nierozgarnięci, pragnie władzy. A jak najprościej to osiągnąć? Oczywiście przywołując smoka. I to nie byle jakiego smoka a najprawdziwszego Draco Nobilis, jednego z tych legendarnych smoków, które nie wybuchają, za to śpią na złocie i żywią się dziewicami (o te w Ankh-Morpork może być trudno). Dodatkowo warto mieć na podorędziu dziewica… ekhem… dziedzica tronu, z magicznym mieczem oczywiście.

Draco Nobilis, przywołany z miejsca, do którego odeszły smoki (nie wiem dlaczego porównanego do puszki – takiej od sardynek) sieje spustoszenie, a Straż Nocna (tak, te pijaki, które nie powinny biegać, w każdym razie nie za często i nie za szybko), wspierana przez Lady Ramkin – „psychiczną” znawczynię i miłośniczkę smoków z arystokratycznym pochodzeniem, oraz Bibliotekarza z Biblioteki Niewidocznego Uniwersytetu (małpiszo… znaczy: Orangutana), podejmuje śledztwo.

Mam wrażenie, jakby „Kolor Magii” i „Straż! Straż!” zostały napisane przez innego autora – w pierwszej wymienionej książce poczucie humoru było ciężkie i aż mnie raziło, po odłożeniu jej nawet na chwilę natychmiast zapominałam, co przeczytałam – po prostu nie potrafiła mnie wciągnąć. Przy drugiej często uśmiechałam się pod nosem, a parę razy nawet się zaśmiałam w miejscu publicznym. Fabuła niby jednowątkowa, ale jednak ciekawie przemyślana,  bogata w zwroty akcji i zaskakujące momenty, a im bliżej końca, tym większe napięcie. I poczucie humoru! Chciałam tu zacytować jakiś fragment, ale nie potrafiłam się zdecydować, czy lepiej wybrać Marchewę zajmującego się gwardzistami, czy np. konwersację na temat prawdopodobieństwa powodzenia pewnego planu, albo… ehh, okrutna będę i nie zacytuję nic, o! Sami sobie przeczytajcie!

Jeszcze tylko słówko na temat wydania: na jakiś obłąkańczy sposób te okładki pasują jak ulał, ale nadal nie trafiają w mój gust. No i jakość wydania pozostawia wiele do życzenia – trzy dni w damskiej torebce, a okładka się powyginała i rogi zszargały, no i jakość papieru do wysokich nie należy. Powinni w Prószyńskim Pratchetta troszkę docenić, w końcu to Kawaler Orderu Imperium Brytyjskiego za zasługi dla literatury 😉

Jest źle. Powiem więcej: jest bardzo źle. Od 1983 roku Pan Pratchett wydaje średnio dwie książki rocznie. To mnóstwo tomów do nadrobienia. Ale dam radę, i Bob jest Waszym wujem.

Ocena: 4,5/5 (za okładkę)

tytuł oryginału: Guards! Guards!
tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 301
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: zakupiona w Emiku

_________________________________________
dedykuję Enedtil i jej Paznokciom 😉