Category Archives: MOVIES

Skyline

Tym razem dość nietypowo postanowiłam zrecenzować film, z którego właśnie wróciliśmy (tak, to już pięciomiesięcznica naszego małżeństwa :)).

Don’t look up

Spojrzeliście? Podobało się?Poszlibyście na ten film? My poszliśmy. Niestety. In other words: it didn’t turn out too well.

Zaczyna się… rewelacyjnie: na ulice LA spadają lśniące na niebiesko obiekty. Emitują oślepiające światło, które przemienia ludzi w zombie (wychodzą im żyłki i oczy stają się mętnie białe, dodatkowo idą bezwiednie ku źródłom światła).
Potem następuje retrospekcja. I zaczynają się schody.

Fabuły brak. Kurczę, nie spodziewałam się, że kiedykolwiek będę zmuszona napisać na temat jakiegokolwiek dzieła coś aż tak dyskryminującego, błąd: dyskwalifikującego, ale nadszedł ten moment. Nie wiem, o czym to było. Tak totalnie nieuzasadnionych śmierci nie widziałam nawet w kilkunastu częściach „Piątek trzynastego” oraz „Oszukać przeznaczenie” razem wziętych.

Płytkie postacie to za mało powiedziane.  Horyzont zdarzeń – to jest idealne określenie. Nie udało nam się ustalić, czy główny bohater i jego najlepszy kumpel to: a) gwiazdy rapu (J-Rock i jego czarnoskóry kumpel T-Money) czy też b) raczej spece od fx, albo c) graficy komputerowi. W każdym razie Jared przyjeżdża do LA z ciężarną dziewczyną (przykro mi, imienia nie pomnę) i, kolokwialnie mówiąc, „robią” za ubogich krewnych. Cielęcym wzrokiem podziwiają uroki penthouse mieszczącego się w szklanej pułapce. Potem jest impreza urodzinowa Terry’ego. Niby ostra popijawa, nawet dozorca interweniuje, ale… A potem zaczyna się inwazja (choć to słowo nie pada ani razu), a film robi się zwyczajnie żenująco nudny. Albo żenujący i nudny, jak kto woli.

Wyobraźcie sobie machiny z „Wojny Światów” skrzyżowane z Obcym i Predatorem – tak wygląda orga-mecha rasa atakująca Ziemię. A, i świecą im pajęcze oczy. Do tego są latający orga-mecha łowcy przypominający mi do złudzenia skrzyżowanie meduzy ze tym co atakowało Nabuchodonozora w Matriksie dwójce. A, i żywią się mózgami. Albo napędzają. Nie wiem, nie ważne zresztą. Do tego statek matka – skrzyżowanie statku ze świątecznego odcinka Doctor Who sezon I/II ze statkiem Mondoshawan’ów… A, i można wstrzelić rakietę w rdzeń to zrobi „Bara bum”. Mało Wam? Dorzucę: początkową scenę z „Mulholland Drive”, „Szklaną pułapkę”, „Terminatora”, „Dzień Niepodległości”… mogłabym tak dalej, ale… chyba wystarczy, żeby zrozumieć, że zdecydowanie nie warto?

A, byłabym zapomniała: zakończenie wywołało mój niesmak, bo rozczarowana byłam po 30 minutach projekcji.

Vaya con Dios, SOB – tak Kochani, to jest cytat z filmu.

Dobrze, że przynajmniej towarzystwo miałam najlepsze z możliwych :*

Ocena: 0,5/5 – bo na końcu fajna muzyka.

A na zakończenie coś, co wywołało minutę ciszy na reklamach przed projekcją: