Category Archives: Kurt Vonnegut

Syreny z Tytana – Kurt Vonnegut

„Syreny z Tytana”, opublikowane w 1959 roku, to kultowa powieść science-fiction, druga w dorobku Kurta Vonneguta i moje ponowne spotkanie z tym autorem. Co tym razem zaoferował nam Mistrz?

Pierwsze siedemdziesiąt parę stron toczy się sennie, jakby przygotowując nas na to, co dopiero ma się wydarzyć, potem następuje nagły zwrot akcji i… zaczyna się czytać z zapartym tchem. Przynajmniej ja tak miałam.

Zapytacie pewnie o fabułę…? Winston Niels Rumfoord, który wydał ogromne pieniądze na podróż kosmiczną, przerwaną jednak przez nieoznaczoną na mapach infundybułę chronosynklastyczną znajdującą się w odległości ok. dwóch dni drogi od Marsa, od dziewięciu lat materializuje się w posiadłości rodzinnej wraz ze swym psem Kazakiem co pięćdziesiąt dziewięć dni. Rumfoord został rozciągnięty w czasie i przestrzeni, dzięki czemu potrafi przepowiadać przyszłość. Jedna z jego przepowiedni ujawniona jego żonie, Beatrycze, sprawia, że ta nie chce się z nim widywać.
Malachi Constant, utracjusz i kobieciarz, zaproszony na prośbę Winstona przez panią Rumfoord na materializację, również poznaje tę tajemniczą przepowiednię, która w przeciągu kolejnych 59 dni obraca jego życie w perzynę. Co takiego wyjawił im Rumfoord?

Podtrzymuję swoje zdanie z Kociej kołyski – Vonnegut ma niesamowicie rzadki talent malowania obrazów słowami. Przy lekturze obydwu książek miałam wrażenie, jakbym oglądała film, czarno-biały, utrzymany w stylistyce klasycznych obrazów z lat pięćdziesiątych, jednak wystarczyło jedno słowo, zwrócenie uwagi na maleńki detal (np. leżący na marsjańskiej ziemi turkus, mszystozielone szorty, krwistoczerwony mundur, itd.) i nagle cała scena nasycała się kolorem. Prawdziwa uczta dla ducha!

Syreny z Tytana to, oprócz naprawdę ciekawej powieści s-f, niekończąca się satyra. Satyra na skomercjonalizowane społeczeństwo napędzane pieniądzem. Satyra na fortuny budowane na Biblii (dosłownie, nie w przenośni) i broadwayowskich spektaklach. Oziębłe kobiety i zblazowanych mężczyzn, którzy są zwyczajnie samotni ze swym bogactwem. W końcu satyra na społeczeństwo, sterowane  de facto przez kilka anonimowych osób zza pleców wielkich przywódców. Społeczeństwo, które nie ma wystarczająco dużo silnej woli, by nie dać sobą sterować, mało tego, społeczeństwo, któremu odrobina samodzielności sprawia ból.

Tutaj, podobnie jak w Kociej kołysce, Vonnegut krytykuje wszelkie religie jako takie. Mało tego, w jednym z rozdziałów czytamy niesamowicie plastyczny opis żarliwego kazania kaznodziei przeciw lotom kosmicznym. Obraz ten jest tak przerysowany, tak wykrzywiony, jakby krzyczał „Parzcie!”.
Jakby tego było mało, autor stwarza Kościół Boga Doskonale Obojętnego, który nie tylko obiecuje, ale i czyni cuda. Religia ta jest na tyle absurdalna, że nie może mieć większych szans powodzenia, jej celem natomiast jest ponownie zwrócenie uwagi czytelnika na bezmyślne podążanie za czyimś „widzimisię”…

Czy ja tę książkę polecam? W zasadzie nie. Ja nalegam, byście odżałowali parę groszy, bo nie wystarczy „Syren” przeczytać – ta pozycja powinna stać na półce, aby można było do niej w każdej chwili wrócić.

Ocena: 4,5/5

tytuł oryginału: The Sirens of Titan
tłumaczenie: Joanna Kozak
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
liczba stron: 306
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: wyprzedaż w Matras.pl, cena: 9,90 PLN

Kocia kołyska – Kurt Vonnegut

Kurt Vonnegut – człowiek-ikona, legendarny wręcz pisarz amerykański. Autor książek science fiction, kojarzony z literaturą postmodernistyczną, wykorzystujący w swej twórczości satyrę, bawiący się z czytelnikiem w chowanego… Takiego jak on wcześniej nie było, a po nim była długa przerwa, aż do okrzyknięcia Christophera Moore’a jego następcą. Jako, że cenię prozę Moore’a, nie mogłam nie wziąć się za książki Vonneguta.

„Kocia kołyska” to czwarta powieść Vonneguta. Niecałe 200 stron tekstu jest zamknięte w ponad 100 rozdziałach liczących od paru zdań do kilku akapitów, co sprawia, że całość jest bardzo przejrzysta.

Narrator, John, nazywający siebie Jonaszem, były chrześcijanin, obecnie bokononista, zbiera materiały do książki o jednym z twórców bomby atomowej, Feliksie Hoenikkerze. Koresponduje z synem uczonego, Newtem, oraz udaje się do miasta Ilium w stanie Nowy Jork, gdzie żył i pracował człowiek, który wygrał wojnę.

Niektórzy pisarze posiadają rzadki dar „malowania” obrazów słowami, Pan Vonnegut jest zdecydowanie jednym z nich. Opis wizyty Johna w Laboratorium Badawczym Towarzystwa General Forge and Foundry to po prostu majstersztyk. Oto widzimy Johna wraz z doktorem Breedem, przełożonym Hoenikkera, zdążających do gabinetu wiceprezesa ds. wulkanów. Obraz ten jest czarno-biały (w końcu akcja dzieje się w późnych latach 50-tych ubiegłego stulecia), ale jakież było moje zdziwienie, gdy Panna Pefko za sprawą różowej plakietki, nagle pojawia się w technikolorze! Podobnie dzieje się z sekretarką doktora Breeda wieszającą zielono-czerwone ozdoby świąteczne.

Ciąg zdarzeń wysyła Johna, wraz z dziećmi doktora Hoenikkera, na wyspę San Lorenzo. Kolejne narodowości i pokolenia podejmowały próbę stworzenia na tym prostokątnym skrawku ziemi utopii, jednak bezskutecznie. W chwili obecnej władzę nad nią sprawuje śmiertelnie chory Papa Monzano. Wyspiarze, z Papą włącznie, są bokononistami, mimo, że za wyznawanie tej religii grozi hak.

Po samobójczej śmierci Papy Monzano dochodzi do – zgodnie ze słowami na okładce książki – zagłady Ameryki, jednak my żyjemy w Polsce i wiemy, że na Ameryce świat się nie kończy: jesteśmy świadkami zagłady, ni mniej ni więcej, świata.

To by było na tyle… jednak ta książka ma drugie dno, bazujące na satyrze. Jako mały teaser przytoczę ponownie scenę w Laboratorium w Ilium – znana nam już panna Pefko jest typowym trybikiem w machinie korporacji – bezmyślnie wykonuje swą pracę, nie rozumiejąc nawet słowa z tego, co dyktuje jej przełożony. Na sugestię doktora Breeda, żeby poprosiła o wyjaśnienia, ponieważ tylko szarlatan nie potrafiłby objaśnić swojej pracy, panna Pefko mówi, że nie wie nawet, co to szarlatan…

Na dodatkową zachętę dodam, że warto dowiedzieć się, czym jest bokononizm.

Uwielbiam tak skonstruowane książki: z jednej strony interesująca fabuła, z drugiej wysiłek intelektualny, poszukiwanie ukrytego przekazu. Na mnie na półce czekają kolejne pozycje Vonneguta, a Wam polecam gorąco jego twórczość.