Category Archives: Czytadła

Ostatnią kartą jest śmierć – Anna Klejzerowicz

Najnowsza książka Pani Klejzerowicz zalicza się do podgatunku pierwszoosobowej powieści detektywistycznej. Z tą „powieścią” tak nie do końca się zgadzam, ponieważ, pomijając obecność opisów i dialogów oraz niezbyt wyraźnie wydzielonych rozdziałów, nie wydaje mi się, żeby „Ostatnią kartą jest śmierć” liczyła minimum 100 stron maszynopisu, jednak, niewątpliwie, nie jest to nowela. Zostańmy więc przy wspomnianej wyżej nomenklaturze.

Pani Klejzerowicz pisze bardzo ładnym językiem, nie ma wulgaryzmów, jednak zabiorę jedną gwiazdkę za kilka rażących kolokwializmów. Będę szczera, początkowo byłam zachwycona tą powieścią, szczególnie w dzisiejszym natłoku przeintelektualizowanych lub naszpikowanych wulgaryzmami czytadeł, kiedy nagle Weronika „wzięła coś w swoje łapy”. Przykro mi, podziałało to na mnie jak plama na białej bluzce… nie do przyjęcia.

Drugą gwiazdkę zabiorę za przewidywalną fabułę. Wychowałam się czytając powieści Agathy Christie i oglądając seriale kryminalne, więc rozwiązanie zagadki było dla mnie oczywiste. Nie wspominając o fakcie, że autorka prawie od razu podaje je nam na tacy…

Niewątpliwym smaczkiem jest styl pisarki. Opisy są zwięzłe, spójne, dialogi żywe. Ogromnym plusem jest subtelnie napisana scena miłosna, myślę, że mogłaby z powodzeniem stanowić wzór dla wielu, wielu współczesnych pisarzy.

Z oceny bohaterów Pani Klejzerowicz również wychodzi obronną ręką – Weronika na szczęście nie ma zanadto rozbudowanego życia wewnętrznego ani skłonności ekshibicjonistycznych, oraz nie pretenduje do miana psychoanalityka ze zdolnościami paranormalnymi – czyli o pozostałych postaciach wie tyle, ile nam mówi. Fakt faktem, mamy tu istną paradę osób chorych psychicznie, ale, biorąc pod uwagę clue, nie jest to rażące, czy nie na miejscu.

Ogólnie powieść jest naprawdę przyzwoita, całość czyta się po prostu świetnie – mi przeczytanie „Ostatnią kartą jest śmierć” zajęło trzy godziny. Jeśli będę miała okazję sięgnąć po inną pozycję pióra Pani Klejzerowicz, na pewno z niej skorzystam.

Ocena: 3/5

Literatura zza wschodniej granicy?

Od prawie trzech lat na gruncie zawodowym stykam się z ludźmi zza naszej wschodniej granicy – mieszkańcami krajów Bałtyckich, Ukraińcami (również Rosjanami – ale to inna historia). Ukraiński kolega, zachęcony przez nas do obejrzenia „Misia” podsumował nasz kultowy film „Nie wiem, co w tym śmiesznego – u mnie tak JEST na co dzień…”. „Bałtyki” postrzegają nas jako duży, zachodni kraj, a zważając na fakt, że zachód widzi nas dokładnie odwrotnie – wygląda na to, że jesteśmy państwem środka.

Postanowiłam zbadać „od środka” mentalność ludów byłego związku radzieckiego, zobaczyć, czym ich literatura różni się od naszej „zachodniej”. „Miasto ryb”, oprócz okładki 😉 skusiło mnie opisem białoruskiej rzeczywistości, „Ahatanhel” – ukraińskiej.

„Miasto ryb” było świetnym wyborem – naprawdę wciągająca powieść, niesamowity klimat – na pewno nie raz do niej wrócę. U Pani Babiny rzeczywiście mamy ciekawy opis społeczeństwa, mieszkańców pogranicza, ludzi o smutnych oczach, pamiętających dawne czasy, żyjących w „wolnym” świecie, lecz nadal prześladowanych za poglądy, dla których ciągle poważnym problemem jest głód…

Gorzej z „Ahatanhelem”… pierwsze dwa rozdziały –  w miarę ciekawe, ale od 50 stron próbuję przebrnąć przez bełkot traktujący o (przemiennie) separatyzmie (mającym polegać na odłączeniu Galicji od Ukrainy i ewentualnym przyłączeniu do Polski – ze względów ekonomicznych) i charakterystyce lokalnej tygrysowickiej prasy i grona jej odbiorców. I, o ile w tym separatyzmie jeszcze można się połapać i może nawet uśmiechnąć (aaaa, zapomniałam: to ma być groteskowy opis!), to drugi temat jest po prostu nudny.

Dobra, wracam do lektury. Jeśli przez następne 50 stron bełkot będzie trwał – wraca na półkę.

chyba nie widzę oktaryny :(

Za „Kolor Magii” zabrałam się tydzień temu i… Kurczę, ja chyba nie widzę oktaryny, bo jak dla mnie ta książka to sinusoida – momentami wciągająca, ale za chwilę zupełnie obojętna… nadal jestem w połowie, a w międzyczasie skończyłam „Miasto ryb” i zaczęłam „Azazela”.

Pratchett wraca na półkę i czeka na lepszy moment…

Buckle up!

Nadszedł czas na podróż do nieco zużytego układu współrzędnych 😀

Wstyd się przyznać, nie znam Świata Dysku! Wydawało mi się zawsze, że z Pratchettem jest jak ze zdobywcami Oskarów – popkultura, która nie ma nic do zaoferowania.

Pierwsze dwie strony mnie troszkę rozczarowały, ale od trzeciej zostałam wessana przez płaszczyznę astralną, która nigdy nie była szczególnie płaska… już się nie mogę doczekać, jak to się wszystko skończy!

Technomagia i smoki – Marek Utkin

Przyznam się od razu, że tytuł rozłożył mnie na łopatki. Musiałam sprawdzić, czy to nawiedzony pean na cześć World of Warcraft, czy też wizjonerska opowieść o wysoko rozwiniętej cywilizacji wykorzystującej magię. Prawdziwa gratka dla nawiedzonej fanki technomagii i smoków 😛

Nasz bohater a jednocześnie narrator pierwszoosobowy w wyniku eskperymentu, zostaje przymusowo zesłany do tego stojącego na progu katastrofy ekologicznej (czy może raczej magicznej) świata „w którym rolę fizyków pełnili magowie, a jaszczury o sadystycznych skłonnościach zastępowały mikroprocesory”.

Świat ukazany w „Technomagii i smokach” jest rozbudowany. Monarchia ta, de facto przebywająca pod rządami teokraty Jego Wspaniałości oraz jego Wielkiej Piątni – kultu, a poniekąd partii politycznej – daje możliwość do ukazania uciskanego społeczeństwa, dyskryminowanego za wykształcenie – uczeńce muszą nosić brody, czy pochodzenie – Starodawni są nazywani pogardliwie rasami magicznymi. Powszechny strach budzą Sługowie Miłosierdzia, będący w rzeczywistości tajną służbą bezpieczeństwa. Ta uprzywilejowana organizacja, jak również postać Jego Wspaniałości kojarzą się naszemu bohaterowi z historią pewnego malarza na naszej Ziemii…

Postacie nakreślone są dość wyraziście, jednak szerokie spektrum zachowań społecznych, które stwarza uniwersum stworzone przez Utkina – od niemej, bezmyślnej akceptacji, po zorganizowane i prężnie działające podziemie wspomniane w powieści –moim skromnym zdaniem zostaje wykorzystane przez autora w niedostatecznym stopniu. Barwne opisy postaci łatwo się zapomina, a niewiele one wnoszą w rozwój akcji… momentami miałam wrażenie, że książka stanowi przede wszystkim pokaz krasomówczych umiejętności naszego piewcy pojazdów o napędzie mięśniowym.

Co zaś się tyczy głównego bohatera… wydawałoby się, że nasz „przesiedleniec” będzie popełniał całe mnóstwo faux pas, jednak radzi on sobie co najmniej świetnie w tej alternatywnej rzeczywistości, dokonując nawet kilku przełomowych dla swej nowej ojczyzny odkryć. Jak dla mnie jest on trochę zbyt inteligentny jednocześnie przyjmując bez zdziwienia każdą nową przecież dla siebie informację o działaniu magii, bez problemu rzuca zaklęcia, a jego adaptacja do nowej rzeczywistości oraz natychmiastowe i całkowite pogodzenie się z brakiem możliwości powrotu do domu… skrzyżowanie MacGyvera z Adamem Słodowym – zbyt doskonałe, aby być wiarygodne.

Sama intryga obmyślona przez Utkina jest ciekawa, bohaterowie mają uratować świat ponieważ, w wyniku nadmiernej drakonizacji życia, grozi mu zagłada. Podczas swej misji przeżywają mnóstwo przygód. A jednak coś mi tu nie pasuje, zamiast WoWa dostałam Super Mario… niby czyhają niebezpieczeństwa, ale jak się w odpowiednim miejscu odbić, to się doskoczy do księżniczki… a bardziej zrozumiale: to, co z pozoru jest skomplikowane, okazuje się banalne.

Z początku trudno przyzwyczaić się do języka powieści – potocznego, ale naszpikowanego megakelvinami i atmosferami i nie mogę powiedzieć, żebym polubiła styl tego autora, typowo polski: pełen opisów i epitetów, jednak nie można mu odmówić ogromnego poczucia humoru: „Przed sobą ujrzałem jednak istotę płci żeńskiej – damę odzianą w czernie, wyższą ode mnie o pół głowy, a szerszą jakieś cztery razy. Włosy wysypujące się z jej koka sprawiały wrażenie czarnych macek Gorgony, na makijaż musiała zużyć chyba wiadro wapna i drugie czerwonej szminki, z jej uszu zaś zwieszały się złote ozdoby wielkości uchwytu do spłuczki w toalecie nowobogackiego. Zmierzyła mnie wzrokiem i powiedziała seksbasem (…)”.

Tak naprawdę miałam dylemat jak ocenić tę pozycję: niby pisana z dużym poczuciem humoru, autor wielokrotnie rzuca dowcipne aluzje do naszej ziemskiej historii, świat i postacie mieszczą się w kanonach fantastyki… słowem fajna lektura! A jednak trudno się na niej skupić, w potoku epitetów łatwo zgubić coś istotnego dla akcji, postacie są trochę „na jedno kopyto”, akcji brakuje dreszczyka emocji… Takie ponad 400-stu stronicowe czytadło, w którym autor tylko raz wspomina o rowerze… Zakończenie zaskakujące i tu chylę czoła. Może je jeszcze kiedyś tę pozycję przeczytam, może nawet znajdę w niej drugie dno, jednak na pewno nie będzie to najbliższe parę lat. A czy polecam? Nie odradzam.

To była Lola – Russel Hoban

„Karzeł śpi na ramieniu Maksa. Maks nie widzi jego twarzy. Mówi do swego umysłu:
– Halucynacje to zjawiska mentalne, nie?
– Owszem – przytakuje umysł – Ale to nie ja zmyśliłem tego koleżkę. Jestem jak poczta: nadchodzą przesyłki, a ja je sortuję”.

Pełna metafizyki opowieść o sile miłości, zemście podanej na zimno i karmie. Ciśnie mi się na klawisze stwierdzenie, że to dobra książka, ale gniot.

Dobra, bo jest ciekawym studium osobowości głównego bohatera zaprawionym nutką hinduskiej religii i magii. Jest dobrze napisana, idealnie mi tu pasuje określenie „szczerze”, kawałek szczerej literatury – umysł Maksa, postacie z jego książek w niesłychanie dosadny sposób krytykują jego zdradę.

Gdyby jednak obedrzeć fabułę z całej metafizyczności nagle zostaje nam schizofreniczny „wannabe” pisarz, który utracił miłość swojego życia zdradzając ją z pierwszą napotkaną „lalunią”. I tu się właśnie „kłania” gniot.

Od momentu, gdy Lola odchodzi, nasz główny bohater, który już wcześniej nie był do końca zdrowy, pogrąża się w halucynacjach i rozmowach ze swoim umysłem oraz bohaterami powieści, które mógłby napisać, gdyby tylko znalazł Pierwszą Stronę. W dodatku pojawia się drugie dno jego zdrady i wydarzeń „po”. Uwieńczenie stanowi banalne zakończenie, które, w moim odczuciu, chyba różni się nieco od początkowego zamysłu autora (więc może jednak jest zaskakujące?).

Przez książkę przewija się sporo muzyki, szczególnie klasycznej oraz hinduskiej, myślę, że płyta dołączona do wydania na pewno uprzyjemniłaby czytanie.„Muzyka ma to do siebie, że wzmacnia wszystko, co znajduje na swojej drodze.”

Z pewnością nie jest to babska literatura, jakiej się spodziewałam po okładce, ale też niewiele ma wspólnego z fantasy, którego klimatem jest podobno przesycona, osobiście zaliczyłabym ją do nurtu realizmu magicznego. Nie odradzam, nie polecam.

Zmierzch

Recenzja: całą sagę połknęłam w niecały tydzień. Potem jeszcze raz, czasem jestem intelektualną masochistką… Niby pomysł był niezły, ale ogólnie to jest jakaś katastrofa. Może jestem już za stara, ale jak dla mnie plastik, cekiny i brokat, wszystko różowe i ckliwe.

Ale nie o tym chciałam. Coś mi bardzo długo nie dawało spokoju, i w końcu w zakamarkach pamięci odnalazłam  serial o kosmitach pt. Roswell, kręcony w latach 99-02…

jak widać nie tylko ja na to wpadłam… Tak naprawdę wystarczy obejrzeć pierwszy odcinek czy dwa Roswell: Max ratuje Liz, potem jest lekcja biologii z pobieraniem krwi, na którą Max, z wiadomych względów, nie przychodzi, i zaczynają się tajemnice… Pani Meyer tu okroiła, tu dodała od siebie, tu chłopca zmieniła na dziewczynkę, tu pożyczyła z innego filmu lub książki i generalnie wyszedł Zmierzch…

Smażone zielone pomidory – Fannie Flagg

Chciałam w tygodniu przed ślubem przeczytać coś lekkiego, na odstresowanie, ale jakoś mi nie podeszła. Przeczytałam około 50 stron i nie potrafiła mnie wciągnąć. Nasunęła mi się tylko refleksja, że starsi ludzie są bardzo samotni i mają wiele do powiedzenia.

Mamy z narzeczonym sąsiadkę, panią Danusię, którą musimy zacząć częściej odwiedzać. Chce nam opowiedzieć historię swojego życia, która jest bardzo ciekawa – była żoną dyplomaty za komuny.

Bez śladu – Linwood Barclay

Zacznę od uwagi do tłumacza: w większości przypadków wystarcza użyć pierwszego znaczenia wyrazu, ale czasem drugie czy nawet piąte zdecydowanie uchroniłoby zdanie od pewnej sztuczności.

Dalej zwrócę uwagę na wprost spektakularne literówki, od których aż tłoczno w całej książce, i tak np. „leczo co by się stało, gdybym nagle padł na serce?” – w jakim celu książkę sprawdza aż dwóch korektorów, skoro i tak leczo, czy inne klopsiki są w stanie w jednej chwili zburzyć suspence starannie budowany przez autora?

Następnie zaznaczę, że pomimo powyższych uwag, sądzę, że książka jest napisana dobrze, każdą następną stronę „połyka się” w niesamowitym tempie, byle tylko jak najszybciej dowiedzieć się, co się wydarzyło. Co prawda denerwowało mnie ciągłe poruszanie tematu ograniczonych funduszy – główni bohaterowie każdego centa oglądają z obu stron. Ok: życie. Ale czy musi to być podkreślane w prawie każdym rozdziale? Przecież to nie jest poradnik ekonomii gospodarstwa domowego! Jest też kilka „dłużyzn”, narrator próbuje sam poukładać puzzle, co niestety jest nieco nużące, jednak czytałam już gorzej napisane książki i tu czepiać się mocno nie będę.

Moja ocena 2/5. Dlaczego?  Po pierwszych 50 stronach miałam już trzy teorie wyjaśnienia zagadki. Po 150 stronach jedną z nich odrzuciłam. Po ok. 250 stronach byłam już pewna rozwiązania tajemnicy głównej oraz kilku innych drobnych sekretów – książka liczy nieco ponad 400 stron. A najśmieszniejsze jest to, że prawdziwe okazało się nie tylko rozwiązanie, które jako pierwsze mi przyszło do głowy, ale w dodatku to, które uznałam za zbyt oczywiste (ale go nie odrzuciłam ze względu na wysokie prawdopodobieństwo)…

Może gdybym nie czytała wcześniej wielu thrillerów i kryminałów oraz nie oglądała CSI intryga nie byłaby dla mnie tak oczywista, jednak, niestety, rozczarowałam się.

Niegrzeczni Bogowie – Marie Phillips

Zapowiadało się ciekawie: satyra na upadłych bogów Olimpu, tych, którzy ze swoimi przywarami byli bardziej ludzcy niż ludzie… A wyszło trochę. Trochę żałośnie, trochę na siłę, trochę niezręcznie, dialogi trochę drewniane, postacie trochę płytkie.

Akcja zdaje się rozpoczynać wraz ze słowami „Chciałbym cię zgwałcić, ale muszę wiedzieć, czy wyrządziłbym ci przez to krzywdę?”. Bez komentarza.

Potem robi się prawie. Prawie zabawnie, prawie ciekawie, prawie oryginalnie…

Mimo użycia paru „mądrych” słów („Problemem był nie tyle brud, co sedymentacja.”) pojawia się zdanie „Słyszał odgłosy zażartej walki rozgrywającej się za nim, warczenie, które wprawiało chodnik w drżenie jak przy trzęsieniu ziemi, oraz nieme okrzyki bojowe (…). Nie odwrócił się.”. Bez komentarza.

Może nie jest to dzieło najwyższych lotów, ale jednak dotrwałam do końca i momentami nawet mnie potrafiło trochę wciągnąć. Prawie polecam to czytadło 😉