Category Archives: BOOKS 2010

Toliny. Wystrzałowe opowieści dla dzieci – Conn Igulden, ilustracje: Lizzy Duncan

Kiedy przyniosłam wreszcie długo wyczekiwane „Toliny” do domu, nasz pięcioletni mały czytelnik aż skakał z niecierpliwości przy drzwiach w oczekiwaniu, aż wreszcie zobaczy nową książkę. Zasiedliśmy więc na kanapie i otworzyliśmy paczkę. „Mój Boże, jaka piękna” przemknęło mi przez myśl, jednak to mina Krzysia oddała w pełni zachwyt nad jakością oprawy: oczy zrobiły mu się okrągłe niczym złotówki, a na buzi wykwitł błogi uśmiech. „Mamo, jak oni włożyli tu ten słoik?” zapytał poważnym tonem mój syn, kiedy pierwsze wrażenie nieco ostygło. Zaśmiałam się w duchu, ale rzeczywiście, pomysł wykonania słoika na okładce zasługuje na pochwałę.

Po zachwytach nad okładką i mapą Szerłudkowa („Mamo, to tam, skąd pochodzi Robin Chudł?”) przyszedł czas na Księgę Pierwszą.

Krzyś zadaje mnóstwo pytań, więc czytając rozdział pierwszy oczywiście musieliśmy wysłuchać gamy (duszki nie potrafią zaśpiewać dźwięku his), spróbować wyobrazić sobie ile to jest tysiąc lat oraz obejrzeć zdjęcia rzymskich ogni. Na koniec padło pytanie „Mamo, a co to jest ta gra… grawitancja i… niewolnictwo?”.

Podczas czytania rozdziału drugiego wyszukiwaliśmy na obrazku przedstawiającym Toliny uwięzione w słoikach głównych bohaterów książeczki i poznaliśmy więcej rodzajów fajerwerków. Krzyś stwierdził też, że „brodacze postępowali z Tolinami bardzo nieładnie i one były smutne”.

Przy okazji rozdziału trzeciego i czwartego (podsumowanego głośnym „O nie!) moja pociecha doszła do wniosku, że zostanie naukowcem.

Księga Druga poświęcona jest medycynie, chorobom i śmierci, ale także przestrzeganiu prawa. Odbyliśmy z Krzysiem małą debatę na temat tego, czy Iskrzak postąpił dobrze, łamiąc prawo. Młody z ulgą przyjął informację, że prawo czasem można zmieniać, jak było na przykład z niewolnictwem. A na koniec oświadczył, że już nie będzie naukowcem, tylko lekarzem. „Albo tym, no… prawniczorem.”

Księga Trzecia to pojedynek tradycji z nauką, czyli zacofania z rozumem. Dodatkowo traktuje o spiskach Ciemnych Tolinów, którym przewodzi, nomen omen, Wybieg.
Krzyś dosłownie z wypiekami na twarzy słuchał o Torbaczu oraz knowaniach Ciemnych Tolinów i dopiero po skończeniu Księgi zaczął zasypywać mnie pytaniami. A następnie oświadczył, że będzie jednak astronautą.

Krzysiowi zapadły mocno w pamięć wplecione w treść książki przysłowia i teraz np. kiedy wracamy po zakupach pyta, czy to wąż z kieszeni zjadł chipsy…

Abstrahując od funkcji edukacyjnej, którą Iggulden doskonale realizuje w swojej książeczce – jako matkę bardzo cieszyły mnie liczne wybuchy śmiechu mojego synka i jego radosna mina, oraz fakt, że dzięki „Tolinom” będzie umiał docenić oprawę graficzną czytanej książki. „Toliny” powinny znaleźć się na półce domowej biblioteczki każdego małego czytelnika, którego rodziców nie przeraża wizja tysiąca pytań oraz którzy chcą, by ich dziecko żywo interesowało się czytaną bajką. 45 zł może nie jest niską kwotą, jednak uważam, że warto ją zainwestować w rozwój swojego malucha.

„Mamo, a będzie więcej?”
„Czego, synku?”
„Tolinów, mamo.”
„Na razie nie.”
„O, motyla noga!”

______________________________________________________________

*Recenzja nagrodzona przezi

Pan Lodowego Ogrodu t. 2 – Jarosław Grzędowicz

Tym razem postanowiłam nietypowo napisać luźne refleksje po przeczytaniu tomu drugiego zamiast zwykłej recenzji.

Bo wiecie co? Nie lubię recenzować tomu drugiego, piątego, a tym bardziej dziesiątego. Lepiej od razu całą serię, niż tak po kawałku… No i zwykle mam przy czymś takim problem, ile z fabuły zamieścić, żeby nie było spoilera… Tak więc o fabule nie będę pisać, bo: 1. tom pierwszy kończy się tak, że czegokolwiek bym tu nie napisała byłoby to spoilerem. 2.  Wycieczek do treści tomu pierwszego nie będzie, bo były tu a i to skąpo 😉 3. Ktoś może przypadkowo trafić na recenzję tomu drugiego i… podziękuje mi, że może „Pana Lodowego Ogrodu” dodać na półkę „tak jakby przeczytane”…

Tak więc zasłoną milczenia przykrywam powodzenie/niepowodzenie misji Vuko Drakkainena i perypetie nastoletniego Władcy Tygrysiego Tronu. Ten, komu pierwszy tom się spodobał długo bez drugiego nie wytrzyma, a pozostałym ta wiedza niepotrzebna 😉

Do rzeczy więc: proza Grzędowicza wywiera głębokie piętno na swoich odbiorcach. Przynajmniej na Waszej uniżonej autorce. Nie dość, że świetnie mi się go czyta, to jeszcze mam ochotę na więcej! A już najlepsza jest forma przejawiania się takowego zapotrzebowania: otóż dalsze losy Drakkainena mi się śniły 😉 Przebywanie w miejscu o takim:

trudno do przyjemnych zaliczyć, więc zdjęłam „Pana Lodowego Ogrodu”, opasłe tomiszcze nr 2, czem prędzej z półki i przeczytałam w wolne, długie świąteczne wieczory.

Często spotykam się ze stwierdzeniem, że druga część jest gorsza od pierwszej i trzeciej. Hmmm, ta na pewno jest inna od pierwszej, a trzecią dopiero zaczynam, więc nie mam zdania. Inna nie znaczy gorsza. Znaczy inna. W każdym razie w porównaniu z poprzednią ta jest nawet bardziej jak z koszmaru sennego. Co oczywiście jest uzasadnione fabułą, ale o tym: sza! Mi tam się czytało świetnie.

Brakuje mi mapy Midgaard. Jestem wzrokowcem, łatwiej byłoby mi się poruszać po tej planecie. Naprawdę, mapa bardzo by się przydała.

A Fabryka Słów mogłaby nieco solidniejszą okładkę zrobić: łatwo zszargać brzegi i łatwo się zagina. Jest też kilka literówek.

I podtrzymuję opinię, że wszystkie nagrody, jakie „Pan Lodowego Ogrodu” zgarnął są w 1000% zasłużone. „good job!”

Polecam! Oczywiście polecam zacząć od części pierwszej 😉

P.S. i kolejny wpływ Grzędowicza na mą skromną osobę: równoważniki zdań. Drakkainen używa ich całą masę, i tak patrzę, że mi się nieco udzieliło.

Mistrz – Andy Andrews

„Mistrz” (ang. „The Noticer”) pióra Andy’ego Andrewsa trafiła w moje ręce dzięki uprzejmości wydawnictwa Otwarte.

Ta książka to unikatowe połączenie literatury pięknej z podręcznikiem samodoskonalenia. Autor, ustami Jonesa, stawia trudne pytania i udziela nie mniej trudnych odpowiedzi. Dodatkowo na samym końcu książki znajdziecie pytania, których zadaniem jest pomóc Wam uzyskać nową perspektywę.

Kim jest Jones, zwany przez jednych Garcią a przez innych Chenem? Co sprawia, że pojawia się u boku mieszkańców nadmorskiego miasteczka dokładnie w chwili, gdy znajdują się w bardzo ciężkim położeniu życiowym i są o krok od podjęcia trudnej decyzji, lub po prostu nie wiedzą, co dalej począć… „Jestem mistrzem w obserwowaniu – wyznał – Taki mam dar. Jedni potrafią pięknie śpiewać, drudzy szybko biegać, ja zaś potrafię zauważać rzeczy, których inni nie dostrzegają, mimo, że większość z nich znajduje się na wyciągnięcie ręki. – Staruszek odchylił się, oparł rękami o ziemię i zadarł głowę – Widzę sytuacje i ludzi z innej perspektywy. Tego właśnie brakuje większości osób: głębszego wglądu, szerszej perspektywy. Dlatego staram się ofiarować im nowy punkt widzenia, który pozwala zatrzymać się, popatrzeć na życie z boku i zacząć od nowa.”

Cieszę się, że posiadam „Mistrza” na swojej półce, bo choć nie stoję na rozdrożu, to jednak jego lektura otworzyła moje oczy na kilka spraw. Czy jestem złotą rybką, czy też kotem? Czy dobrze wybrałam osobę, z którą stanęłam na ślubnym kobiercu? Na molo siedzi pięć mew, jedna postanawia odfrunąć. Ile mew zostało na molo? A najlepszą częścią tego poradnika samodoskonalenia jest… forma: zbiór anegdot o życiu, napisany łatwo przyswajalnym stylem.

Zdecydowanie polecam!

Ocena: 4/5

Ostatnia noc jej życia – Maureen Jennings

Czego oczekuję od kryminału? Nie muszę widzieć ani słyszeć ostatniego tchnienia ofiary. Nie potrzebuję zagłębiać się w najbardziej drastyczne i najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Chcę natomiast do samego końca nie być pewna, kto zabił, chcę podejrzewać każdą z postaci i, w miarę rozwoju akcji, szukać poszlak wraz z detektywem. Chcę uczestniczyć w szaleńczym pościgu za zabójcą. Tak, moja romantyczna dusza łaknie kryminału klasycznego, gdzie największą siłą detektywa jest jego umysł.

Kanada na przełomie XIX i XX wieku kojarzy mi się z Anią i Emilką. Z romantyzmem, uniesieniami i nostalgią. Z gruźlicą, biedą i herbatą. Z surowymi zasadami moralnymi, podziałami klasowymi i niesprawiedliwością społeczną.

Wydawałoby się, że Christie-Poirot to niepowtarzalny duet autorka-detektyw a Ania Shirley to wzorcowa mieszkanka Kanady. Uwaga! Nadchodzi kanadyjski tandem Jennings-Murdoch!

Na jednej z bocznych uliczek, tuż obok domu dwóch kobiet lekkich obyczajów, zostają znalezione nagie zwłoki kobiety lat około 15. Okazuje się, że Therese Laporte była służącą w domu bogaczy i w dodatku spodziewała się dziecka, co może nieco skomplikować śledztwo detektywa Williama Murdocha. Will prowadzi dochodzenie bardzo skrupulatnie, ale również rozważnie. Wie, że każda z osób, które znały tę dziewczynę skrywa jakiś sekret. Czy ojciec dziecka jest jednocześnie oprawcą Therese? Czy Murdochowi uda się odnaleźć mordercę, zanim ten znów uderzy?

Świetnie napisany kryminał, jednak mnie najbardziej zaimponował warsztat Maureen Jennings. Postacie są wiarygodne psychologicznie, każda z nich ma własną historię, którą autorka umiejętnie wplata w fabułę i dzięki temu tworzy bardzo plastyczny obraz dawno minionej epoki. Murdoch jest wyznania rzymskokatolickiego, co również zostało wykorzystane przez Jennings. Uśmiech na mojej twarzy wywołuje dbałość o szczegóły: wiem, jakiej fajki i marki tytoniu używa główny bohater, potrafię wyobrazić sobie jego płaszcz z foczej skóry, i pracę, jaką włożyła jego gospodyni w oczyszczenie go z plam. Podłoga u rzeźnika wysypana jest trocinami, a drzwi w gabinecie Murdocha zastępuje słomiana mata. Coś niesamowitego, jak na książkę z tak wartką akcją! A już największy plus za to, iż do samego końca nie wiedziałam, kto zabił. Gdy tylko nabierałam podejrzeń, pojawiał się nowy trop i znów każda z osób znających Therese stawała się podejrzanym.

Chcecie przeczytać świetny, zaskakujący kryminał? „Ostatnia noc jej życia” jest dokładnie tym, czego szukacie.

Ocena 5/5

Opublikowano wcześniej w serwisie nakanapie.pl

Blues Kojota – Christopher Moore

Christopher Moore to autor 12 powieści (w Polsce wydano dziewięć z nich) z gatunku comic fantasy, nazywany następcą Vonneguta. Wydany w 1994 roku „Blues Kojota”, okrzyknięty „Kultową powieścią dla ludzi zbyt wybrednych, by stać się częścią jakiegokolwiek kultu” to druga w jego dorobku książka. W Polsce ukazała się ona nakładem wydawnictwa Alfa-Wero w 1998 r. w tłumaczeniu popełnionym przez Panią Danutę Górską.

„(…) kiedy wszystko jest z tobą w porządku, ale boisz się, że coś pójdzie źle i zniszczy twoją równowagę, wtedy czujesz Blues Kojota.” (s.40)

Sam Hunter, sprzedawca marzeń (hmm, ubezpieczeń) skrywający tajemnicę, która we wczesnej młodości zmusiła go do ucieczki z ziem plemienia Kruków, żył samotnie, lecz w miarę spokojnie, w Santa Barbara. Pewnego dnia na parkingu dostrzegł kobietę swojego życia oraz… swego ducha opiekuńczego, starożytnego indiańskiego boga oszusta Kojota. Kojot zapytał, czy Sam chce tę dziewczynę, po czym… przewrócił jego życie do góry nogami. Dosłownie – Sam w jednej chwili stracił pracę, mieszkanie i reputację.

Gdyby tę powieść napisał ktoś inny, właśnie przeczytalibyście jej spoiler, ale u Moore’a to tylko preludium… „To jakaś kafkowska kreskówka ze Strusiem Pędziwiatrem, kiedy podjechała taksówka z firmy taksówkowej Acme, z kierowcą w fezie. Animowana przez Hieronima Boscha, dodał w myślach Sam.” (s.222). Facet od książek tym zdaniem podsumowuje całokształt swej twórczości – cóż może być bardziej nieprzewidywalne, groteskowe i absurdalne, niż Animki na Sądzie Ostatecznym?

Perypetie Sama, któremu za wszelką cenę stara się pomóc (czy też zrujnować życie?) jego opiekuńczy duch, przeplatane są retrospekcjami z dzieciństwa i młodości głównego bohatera, oraz mitami z początków świata, w których w roli głównej występuje Kojot. Oszust jest podatny na wpływy, łatwo popada w uzależnienia, ma nieokiełznane libido, oraz spotkał kiedyś Jezusa Chrystusa, który próbował go nauczyć chodzenia po wodzie.

Byłam tej książki bardzo ciekawa, i, pomijając „zabójcze” tłumaczenie, nie zawiodłam się. Faceta od książek nie jest łatwo zrozumieć, a co za tym idzie – lubić. Jego powieści mają drugie dno – oprócz absurdalnej powiastki o lekko upośledzonym umysłowo, wiecznie napalonym, dawno zapomnianym bogu, Moore daje nam powieść o porządnym człowieku, który całe swoje życie spędził nosząc przeróżne maski, powieść o największej miłości, jaka istnieje i do czego taka miłość jest zdolna.

Na wstępie nadmieniłam, że tłumaczenie zostało popełnione przez Panią Górską – i podtrzymuję to stwierdzenie. Czytuję blog Christophera Moore’a, przeczytałam do tej pory 7 jego powieści, więc całkiem nieźle znam jego styl. Panu Drewnowskiemu, który dla wydawnictwa Mag przetłumaczył większość książek tego autora, udało się bezbłędnie oddać jego amerykańskie poczucie humoru, podczas, gdy Pani Górska dokonała pewnej „korekty”, pokuszę się o nazwanie jej „anglikanizacją”: gdyby nie kilka charakterystycznych dla Moore’a elementów, oraz postaci (Riverę i Minty’ego Fresh’a – tu przezwanego Zgryzem Prawidłowym – jeszcze spotkamy) pomyślałabym, że czytam wprawkę do „Amerykańskich bogów” Gaimana (sic!)…

Nie ma lekarstwa na Blues Kojota, ale zdecydowanie polecam tę książkę i jej autora każdemu, kto szczyci się swoim czarnym humorem. Bardziej wrażliwymi może wstrząsnąć 😉

Ocena 4,5/5

Pan Lodowego Ogrodu – Jarosław Grzędowicz

Biorę do ręki opasłe tomiszcze, ponad pół tysiąca stron. Ładnie, estetycznie wydane. Z tego co słyszałam wcześniej spodziewam się dark fantasy. Hmm, coś jest nie tak. Głównego bohatera wsadzają do kapsuły, potem ląduje on na planecie pogrążonej w mrokach średniowiecza, więc musi pozbyć się wszelkich śladów swego niezwykłego przybycia. Zresztą, kapsuła na niewiele mu się tutaj zda: w końcu na Midgaardzie zawodzi wszelka elektronika. Fantasy? S-f raczej, myślę sobie.

Główny bohater aktywuje cyfrala (s-f) i tu spotyka mnie kolejna niespodzianka. Do tej pory pierwszoosobowa narracja zmienia się w trzecioosobową. Vuko Drakkainen, ma za zadanie odnaleźć grupę ziemskich badaczy, którzy od dwóch lat nie dają znaku życia, i nie rzucać się w oczy. Trochę to trudne z polsko-fińsko-chorwackim pochodzeniem i takim życiorysem. Ale stara się jak może. Został świetnie przygotowany na nową rzeczywistość, zna miejscowe języki i obyczaje, wie, że na Midgaard magia nie jest niczym dziwnym. A jednak czasem jest mu ciężko pozostać neutralnym.

Przy okazji rozdziału czwartego kolejna niespodzianka: nowy narrator pierwszoosobowy. Nastolatek, spadkobierca Tygrysiego Tronu, wraz z braćmi uczący się, jak być dobrym władcą. Od tej pory naprzemiennie poznaję losy Drakkainena i nastoletniego tohimona.

Midgaard się Grzędowiczowi udał. Świat jest na tyle wiarygodny, że aż znajomy. No może za wyjątkiem zimnej mgły, z którą są nierozerwalnie zerwane postacie rodem z jakiegoś horroru lub obrazów Boscha (hmm, czyli dark fantasy?).

Jeśli powyższego byłoby mi nadal mało, żebym mogła powiedzieć, że jest to kawał świetnej fantastyki (w gatunki dalej bawić się nie zamierzam, bo trochę tego sporo by wyszło), to na dokładkę dodam, że zarówno Vuko, jak i nasz nastoletni Tygrys są obdarzeni ludzkimi emocjami, potrafią cierpieć, dopadają ich wyrzuty sumienia, pożądanie, Vuko ma napady gniewu godne choleryka…

Zajdel. Nautilius. Sfinks. Śląkfa. Zasłużenie? Hell, yeah! (A co, ja też się, wzorem Drakkainena w poliglotkę zabawię). A teraz posłucham sobie „dwudziestowiecznej kantyczki”, żeby mnie przypadkiem zimna mgła nie dopadła i wezmę się za drugi tom.

Macie jeszcze wątpliwości, czy warto przeczytać „Pana Lodowego Ogrodu”? Nie? Tak też myślałam 🙂

Czarownice z Salem Falls – Jodi Picoult

W wakacje marzyło mi się „lekkie czytadło dla kobiet”, romantyczne najlepiej, pożyczyłam więc „Czarownice z Salem Falls” od koleżanki.

Początkowo nawet powieść spełniała kryteria: kobieta po przejściach (trochę zdziwaczała stara panna), mężczyzna po przejściach (niedostosowany społecznie nieudacznik), buzujące hormony nastolatek, społeczność prowincjonalnego amerykańskiego miasteczka (ze swoim małomiasteczkowym poczuciem moralności i sprawiedliwości w imię wyższego dobra), „czerstwe” momentami dialogi, sielskie sceny przeplatające się z tymi bardziej przaśnymi. Ale nagle, nie wiem nawet kiedy, to czytadło przerodziło się w dobrą lekturę.

Zwykle czytam wszystkie wstępy, rysy historyczne, podziękowania, posłowia itp., umieszczone w książkach, które biorę do ręki. Tak było i tym razem, wszem i wobec informuję: do powstania tej książki przyczyniło się ponad 25 osób, i to widać.
„Czarownice” są dopracowane w każdym calu, czy w kwestii wicca, czy kryminologii, prawa, czy w końcu w aspektach socjologiczno-psychologicznych.

Nie zamierzam zamieszczać tutaj streszczenia, czy w inny sposób odwoływać się do fabuły, ponieważ powiedzenie czegokolwiek poza notą wydawnictwa po prostu popsułoby przyjemność czytania tej książki.

Ech, i znowu kulą w płot… tak, trafiłam, wreszcie, na kobiecą literaturę, ale na pewno nie była ona „lekkim, romantycznym, wakacyjnym czytadłem”. Na pewno nie stanę się wielką fanką Pani Picoult, jednak, jeśli będę miała okazję sięgnąć jeszcze kiedyś po jej powieść, zrobię to z przyjemnością.

Romans z trupem w tle – Ewa Stec

Zbliża się Boże Narodzenie. Agnieszka Rusałka i Jacek Żuk przygotowują się do ślubu, kiedy… Agnieszka przyłapuje narzeczonego in flagranti z pewną motylicą. Nie robi awantury, nikt nie ginie z rąk zdradzonej narzeczonej, gdyż ta idzie do baru pamiętającego jeszcze czasy PRL topić smutki w martini i zastanawiać się nad swym smętnym, trzydziestoletnim życiem. A kogo można spotkać w barze sączącego martini, jeśli nie Bonda? W tym wypadku Jerzego, ale ciągle Bonda.

Dwie najlepsze przyjaciółki, w ramach terapii, wyciągają naszą narratorkę do wróżki Klary Widzącej, która przepowiada Rusałce pecha prześladowczego. Co ma z tym wszystkim wspólnego Front Wyzwolenia Krasnali Ogrodowych? Czego uczą na kursach manicure? O czym myśli człowiek, kiedy mu przystawiają lufę pistoletu do skroni? I co o bigamistach sądzi ojciec dyrektor?

Gdybym przy ocenie brała pod uwagę, jakie funkcje literatury ta pozycja realizuje, czy też jakie wartości wnosi do mojego życia, „Romans z trupem w tle” zebrałby niskie noty. Jednak funkcja rozrywkowa w wypadku twórczości Pani Stec jest realizowana niemalże w nadmiarze. Autorka może się szczycić swoim poczuciem humoru i umiejętnością dowcipnego skomentowania i wplecenia w fabułę sytuacji z życia społeczno-politycznego, co nie każdemu się udaje.

Dziękuję za poprawienie humoru, Pani Ewo. A Wam POLECAM!

Ocena: 3,5/5

Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu – Gregory Maguire

W rodzinie unionistycznego pastora rodzi się dziecko. Powód do szczęścia. Tylko, że jest problem. A w zasadzie dwa. Matka nie chciała dziewczynki, a już na pewno nie tego koloru: mała jest zielona. No i jeszcze te zęby… Ojciec widzi w niej karę za swą nieskuteczność, matka za swoją rozwiązłość. I tak mała Elfaba- Fabala- Elfi- Fi dorasta ze świadomością bycia porażką, opiekując się swoją idealną i idealizowaną kaleką siostrą, Nessą. Inteligentna, piękna, tajemnicza, zakompleksiona zielona dziewczyna obdarzona niebanalnym poczuciem humoru i ciętym językiem. Czy była zła od początku? Czy była zła?

Autor pokazuje nam Oz jakiej nie znamy, istny tygiel religijny, gdzie unionizm miesza się z przyjemniarą, a wszyscy wyznają Lurlinę. Poznajemy ustrój tej baśniowej krainy, jesteśmy świadkami intryg, zagrywek politycznych i czystek. Czym tak naprawdę kraj brukowany żółtą kostką różni się od naszej rzeczywistości?

Maguire stworzył alegoryczną biografię postaci z dziecinnej bajki skierowaną do dorosłych. Pełno tu ludzkich emocji, erotyzmu, nienawiści, miłości, nietolerancji, dyskryminacji, nawet rasizmu… Elfaba poszukuje własnego ja, próbuje znaleźć odpowiedź na pytania „czym jest zło”, „czym jest dusza”, „czy bóg istnieje”. Czarownica kocha i nienawidzi, poznaje samotność, strach, ból straty, pragnienie zemsty. Kraina Oz została dopracowana w każdym szczególe, jest obca, ale dziwnie swojska, a ludzie w niej mieszkający mają dokładnie takie same problemy jak my: rodzą się, idą do szkoły i na studia, pracują, mają problemy ze związaniem końca z końcem, umierają, a w międzyczasie CZUJĄ.

Tej książki nie czytałam jednym tchem, chociaż historia Złej Czarownicy z Zachodu jest fascynująca. Czasem co parę stron robiłam dłuższą przerwę, MUSIAŁAM JĄ ZROBIĆ, żeby przemyśleć jakiś fragment. Zastanowić się nad sobą. Czy wiecie, jak bardzo jesteśmy przywiązani do stereotypów? Jak łatwo rzucamy osądy? Nie? Pan Maguire pomoże Wam odpowiedzieć na te pytania, pod pretekstem historii zielonej dziewczyny, która nie miała duszy…

POLECAM!!!

Ostatnią kartą jest śmierć – Anna Klejzerowicz

Najnowsza książka Pani Klejzerowicz zalicza się do podgatunku pierwszoosobowej powieści detektywistycznej. Z tą „powieścią” tak nie do końca się zgadzam, ponieważ, pomijając obecność opisów i dialogów oraz niezbyt wyraźnie wydzielonych rozdziałów, nie wydaje mi się, żeby „Ostatnią kartą jest śmierć” liczyła minimum 100 stron maszynopisu, jednak, niewątpliwie, nie jest to nowela. Zostańmy więc przy wspomnianej wyżej nomenklaturze.

Pani Klejzerowicz pisze bardzo ładnym językiem, nie ma wulgaryzmów, jednak zabiorę jedną gwiazdkę za kilka rażących kolokwializmów. Będę szczera, początkowo byłam zachwycona tą powieścią, szczególnie w dzisiejszym natłoku przeintelektualizowanych lub naszpikowanych wulgaryzmami czytadeł, kiedy nagle Weronika „wzięła coś w swoje łapy”. Przykro mi, podziałało to na mnie jak plama na białej bluzce… nie do przyjęcia.

Drugą gwiazdkę zabiorę za przewidywalną fabułę. Wychowałam się czytając powieści Agathy Christie i oglądając seriale kryminalne, więc rozwiązanie zagadki było dla mnie oczywiste. Nie wspominając o fakcie, że autorka prawie od razu podaje je nam na tacy…

Niewątpliwym smaczkiem jest styl pisarki. Opisy są zwięzłe, spójne, dialogi żywe. Ogromnym plusem jest subtelnie napisana scena miłosna, myślę, że mogłaby z powodzeniem stanowić wzór dla wielu, wielu współczesnych pisarzy.

Z oceny bohaterów Pani Klejzerowicz również wychodzi obronną ręką – Weronika na szczęście nie ma zanadto rozbudowanego życia wewnętrznego ani skłonności ekshibicjonistycznych, oraz nie pretenduje do miana psychoanalityka ze zdolnościami paranormalnymi – czyli o pozostałych postaciach wie tyle, ile nam mówi. Fakt faktem, mamy tu istną paradę osób chorych psychicznie, ale, biorąc pod uwagę clue, nie jest to rażące, czy nie na miejscu.

Ogólnie powieść jest naprawdę przyzwoita, całość czyta się po prostu świetnie – mi przeczytanie „Ostatnią kartą jest śmierć” zajęło trzy godziny. Jeśli będę miała okazję sięgnąć po inną pozycję pióra Pani Klejzerowicz, na pewno z niej skorzystam.

Ocena: 3/5