Monthly Archives: Styczeń 2011

Losowanie :)

Kochani, dziękuję wszystkim za udział w konkursie 🙂 Gdybym wiedziała, że zgłosi się aż tyle osób, przewidziałabym jakąś dodatkową nagrodę, niestety Zwycięzca może być tylko jeden (i nie będzie to moja Siostra :P) 😉 Cóż, następnym razem (czyli w nie tak znowu odległej przyszłości) podniesiemy stawkę 🙂

Mąż bardzo dziękuje za życzenia 😀 Szczerze mówiąc idea konkursu z okazji jego własnych urodzin bardzo mu przypadła do gustu – niestety dla mnie, z przyczyn niezwykle przyziemnych: biblioteczka jakby odrobinę mniej pękająca w szwach choć przez moment 😛 Niemniej jednak z tej radości napisał specjalnie na tę okazję prostą, acz bezduszną 😉 maszynę losującą 😀

Losowanie odbyło się w samo południe, a wyglądało tak:

aby zobaczyć film w pełnej rozdzielczości wystarczy kliknąć box lub link http://www.youtube.com/watch?v=U9kpf8aw-AE

Zwycięzcy serdecznie gratulujemy 😀 proszę o przesłanie maila zwrotnego z adresem do wysyłki 🙂

Stosik znienacka – czyli jak sobie poprawiam humor :)

Zła, zła końcówka stycznia. Nie dość, że pracuję ostatnio jak dzika, to jeszcze poczta działa nawet gorzej niż zwykle… Ehh, urlop by się przydał. Najlepiej dłuuuugaśny. A póki co:

Angelologia Danielle Trussoni – tolinowa wygrana z LC – raczej daleko w kolejce
Dworzec Perdido China Mieville – uzupełnienie poprzedniego stosiku – jakby doba miała powiedzmy 48 godzin, z czego w pracy spędzałoby się 8 z nich to recenzja pojawiłaby się jakoś tak w przyszłym tygodniu… a tak – czeka
Zbrojni Terry Pratchett – dzisiejszy nabytek. TAK, kompulsywne kupowanie. TAK, właśnie zaczęłam czytać, bo taki humor jest balsamem jakiego mi trzeba
Straż nocna jw., za wyjątkiem tego, że nie czytam w tej chwili…

Obiecanej wisienki na torcie, przesyłki od Inki i tolinowej wygranej nr dwa nie ma. Bo pracuję jak dzika (czytaj: zaraz dostanę negatywny komentarz na allegro,  bo zapłaciła, a odebrać nie raczy) a poczta działa jak działa…

Ja chcę wiosnę!!!

Przypominam, że Konkurs kończy się już o północy dnia 28.01.2011 🙂

Szeptem – Becca Fitzpatrick

„Szeptem” to debiutancka powieść Becci Fitzpatrick. Dodałam sobie ją kontrolnie do listy „chcę przeczytać” tuż po premierze, ponieważ, nie będę owijać w bawełnę, urzekła mnie okładka. Jednak ci z Was, którzy śledzą mojego bloga, a dokładniej stosiki, wiedzą, że kolejkę mam dosyć długą, „Szeptem” stało gdzieś przy jej szarym końcu, szczególnie jeśli chodzi o zaopatrzenie się w tę pozycję. Kiedy Wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi ją do recenzji, zgodziłam się bez wahania, a jednak ciężko było mi się za nią zabrać. Dlaczego? Bo bałam się rozczarowania, a nawet przeróbki pewnej wampirzej sagi. Czy słusznie?

Zasiadam z książką pod pachą w mym super tajnym wehikule czasu (hmmm, właśnie się wydało!) i ustawiam zegary na maj 1996. Robię to, aby spojrzeć na książkę z właściwej perspektywy, w końcu nie mam już 16 lat i zdecydowanie mój odbiór tego typu literatury jest inny. Widzę dawną siebie zatopioną w lekturze, czytam „Zew Cthulhu”. Oj, nie wróży to dobrze książce Pani Fitzpatrick…
Nic to, znajduję sobie cichy kącik i otwieram książkę.

Prolog przenosi mnie do XVI-wiecznej Francji, gdzie młody książę Chauncey spędza mile czas z młodą wieśniaczką. Już po kilku zdaniach ogarnia mnie nastrój książki – mroczny i tajemniczy. I nawet mi się to podoba, mam w końcu 16 lat i słucham metalu – to moje klimaty.

Narratorką jest 16-letnia Nora Grey, anemiczna (dosłownie, nie w przenośni – chorująca na anemię), chuda ciemnowłosa dziewczyna, z powodu niedawnej straty ojca (został zamordowany w tajemniczych okolicznościach) regularnie odwiedzająca szkolnego psychologa. Na biologii (swoją drogą – o co chodzi z tą biologią w amerykańskich książkach, serialach i filmach???) nauczyciel z okazji lekcji o rozmnażaniu człowieka przydziela wszystkim nowych kolegów z ławki i tym oto sposobem Nora poznaje Patcha. Chłopak budzi w niej wyjątkowo sprzeczne uczucia o zabarwieniu raczej negatywnym. Poza pociągiem fizycznym, jaki do niego czuje, wydaje jej się on „palantem” oraz nałogowym palaczem cygar, poza tym napawa ją strachem.

Nora potrąca jakiegoś mężczyznę samochodem swojej przyjaciółki, jednak, gdy dziewczyny idą oszacować zniszczenia, pojazd jest praktycznie bez szwanku. Patch pojawia się wszędzie tam, gdzie ona, nawet podczas randki z Elliotem Saundersem, nowym uczniem w Coldwater, który skrywa mroczną tajemnicę. Dziewczyna czuje się osaczona i zagrożona, a wokół niej zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Komu może ufać?

Nora nie jest, w przeciwieństwie do Belli, samotną wyspą dryfującą w morzu swej wybujałej uczuciowości. Ma przyjaciółkę, Vee Sky, która szczerze mówiąc mnie od pierwszej chwili irytowała swoją infantylnością i monotematycznością. Dziewczyny pracują w szkolnym e-zinie, chodzą na zakupy (Nora może nie przykłada specjalnej wagi do stroju, jednak niewątpliwie nie nosi wiecznie dżinsów i podkoszulki), na kawę, do restauracji, oraz regularnie do kina aby recenzować repertuar czytelnikom. Nora bywa też w bibliotece (Vee niekoniecznie). Pojawia się również postać wrednej cheerleaderki Marcie. Ha! Mało tego, Fitzpatrick wprowadza element niepewności, kiedy na scenę wchodzą Elliot i Jules. Słowem – świat Nory nie zaczyna się i nie kończy na Patchu.

Patch natomiast… no cóż, urody odmówić mu nie można, podobnie jak magnetyzmu, jednak Fitzpatrick udało się nie zrobić z niego potulnego kotka. Do końca nie wiemy też, czy jego dobre zamiary względem Nory są czyste, czy może jest on wcieleniem zła. Patch nie walczy z dwoistością swej natury, po prostu autorka nie odkrywa wszystkich kart. Duży plus dla niej.

Polubiłam główną bohaterkę za fakt, że nie jest zapatrzona w Patcha jak przysłowiowa sroka w gnat, nie zachwyca się w co piątym zdaniu jaki on piękny, a w co siódmym nie twierdzi, że nie boi się go, mimo, że wie, że on mógłby ją zabić, ale ona i tak go kocha. Mało tego, czuje do niego nieodparty pociąg fizyczny, ale nie rzuca mu się ufnie w ramiona przy najbliższej możliwej okazji. Nora Gray wydaje się być mniej mdła, a jednocześnie zdecydowanie bardziej prawdziwa. Ot, nastolatka z krwi i kości, czująca pociąg do niewłaściwego faceta – jak każda.

Znów wsiadam do wehikułu, żeby napisać podsumowanie w swojej współczesności – tam przecież nie mam laptopa 😉
Mimo, że książkę czyta się bardzo szybko, fabuła (wielowątkowa!) jest wartka i nieprzewidywalna, zabrakło mi czegoś, co bardzo trudno wyrazić słowami, ale jeśli powiem, że zabrakło mi uczuciowej więzi z autorką, chyba zrozumiecie, o czym mówię. „Szeptem” czyta się z wrażeniem, że narratorka stała obok, nie w środku akcji, chociaż po doświadczeniach z Bellą Swan, może to i dobrze? Nie będę Wam wmawiać, że jest to literatura wysokich lotów, bo to nie byłaby prawda, jednak, jeśli wziąć pod uwagę regał z paranormal romance – „Szeptem” powinno być wyeksponowane dokładnie na poziomie wzroku, a drugi egzemplarz warto by postawić na dolnej półce, niech nastolatki wiedzą, że nie trzeba się ufnie rzucać w ramiona każdemu, kto na nie spojrzy 😉

Chętnie przeczytam kontynuację, gdyż, po opisie sądząc, będzie to kolejny pojedynek na linii Nora-Bella, tym razem radzące sobie z porzuceniem.

Ocena: przyjemnie zaskakujące 3,5/5

tytuł oryginału: Hush, Hush
tłumaczenie: Paweł Łopatka
Wydawnictwo: Otwarte
liczba stron: 328
oprawa: miękka
cena z okładki: 32,90 PLN
jak do mnie trafiła: książka do recenzji

Konkurs :)

Kochani, w związku z faktem, że mam wyjątkowo kiepski tydzień, postanowiłam sobie humor poprawić sprawiając komuś prezent 🙂

Postanowiłam więc w dniu urodzin mojego męża, tj. 29 stycznia, obdarować jakiegoś szczęśliwca mądrą i przy okazji ciekawą książką:

Aby wziąć udział w losowaniu wystarczy wpisać „zgłaszam się” w komentarzu 🙂 Zgłoszenia przyjmuję do północy dnia 28.01.2011, losowanie już 29 stycznia 🙂

Zapraszam! Pozdrawiam serdecznie 🙂

Syreny z Tytana – Kurt Vonnegut

„Syreny z Tytana”, opublikowane w 1959 roku, to kultowa powieść science-fiction, druga w dorobku Kurta Vonneguta i moje ponowne spotkanie z tym autorem. Co tym razem zaoferował nam Mistrz?

Pierwsze siedemdziesiąt parę stron toczy się sennie, jakby przygotowując nas na to, co dopiero ma się wydarzyć, potem następuje nagły zwrot akcji i… zaczyna się czytać z zapartym tchem. Przynajmniej ja tak miałam.

Zapytacie pewnie o fabułę…? Winston Niels Rumfoord, który wydał ogromne pieniądze na podróż kosmiczną, przerwaną jednak przez nieoznaczoną na mapach infundybułę chronosynklastyczną znajdującą się w odległości ok. dwóch dni drogi od Marsa, od dziewięciu lat materializuje się w posiadłości rodzinnej wraz ze swym psem Kazakiem co pięćdziesiąt dziewięć dni. Rumfoord został rozciągnięty w czasie i przestrzeni, dzięki czemu potrafi przepowiadać przyszłość. Jedna z jego przepowiedni ujawniona jego żonie, Beatrycze, sprawia, że ta nie chce się z nim widywać.
Malachi Constant, utracjusz i kobieciarz, zaproszony na prośbę Winstona przez panią Rumfoord na materializację, również poznaje tę tajemniczą przepowiednię, która w przeciągu kolejnych 59 dni obraca jego życie w perzynę. Co takiego wyjawił im Rumfoord?

Podtrzymuję swoje zdanie z Kociej kołyski – Vonnegut ma niesamowicie rzadki talent malowania obrazów słowami. Przy lekturze obydwu książek miałam wrażenie, jakbym oglądała film, czarno-biały, utrzymany w stylistyce klasycznych obrazów z lat pięćdziesiątych, jednak wystarczyło jedno słowo, zwrócenie uwagi na maleńki detal (np. leżący na marsjańskiej ziemi turkus, mszystozielone szorty, krwistoczerwony mundur, itd.) i nagle cała scena nasycała się kolorem. Prawdziwa uczta dla ducha!

Syreny z Tytana to, oprócz naprawdę ciekawej powieści s-f, niekończąca się satyra. Satyra na skomercjonalizowane społeczeństwo napędzane pieniądzem. Satyra na fortuny budowane na Biblii (dosłownie, nie w przenośni) i broadwayowskich spektaklach. Oziębłe kobiety i zblazowanych mężczyzn, którzy są zwyczajnie samotni ze swym bogactwem. W końcu satyra na społeczeństwo, sterowane  de facto przez kilka anonimowych osób zza pleców wielkich przywódców. Społeczeństwo, które nie ma wystarczająco dużo silnej woli, by nie dać sobą sterować, mało tego, społeczeństwo, któremu odrobina samodzielności sprawia ból.

Tutaj, podobnie jak w Kociej kołysce, Vonnegut krytykuje wszelkie religie jako takie. Mało tego, w jednym z rozdziałów czytamy niesamowicie plastyczny opis żarliwego kazania kaznodziei przeciw lotom kosmicznym. Obraz ten jest tak przerysowany, tak wykrzywiony, jakby krzyczał „Parzcie!”.
Jakby tego było mało, autor stwarza Kościół Boga Doskonale Obojętnego, który nie tylko obiecuje, ale i czyni cuda. Religia ta jest na tyle absurdalna, że nie może mieć większych szans powodzenia, jej celem natomiast jest ponownie zwrócenie uwagi czytelnika na bezmyślne podążanie za czyimś „widzimisię”…

Czy ja tę książkę polecam? W zasadzie nie. Ja nalegam, byście odżałowali parę groszy, bo nie wystarczy „Syren” przeczytać – ta pozycja powinna stać na półce, aby można było do niej w każdej chwili wrócić.

Ocena: 4,5/5

tytuł oryginału: The Sirens of Titan
tłumaczenie: Joanna Kozak
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
liczba stron: 306
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: wyprzedaż w Matras.pl, cena: 9,90 PLN

Stosik II – Styczeń 2011

Jak napisałam w ubiegłą sobotę tydzień 8-15 stycznia okazał się fiaskiem dla mojego postanowienia noworocznego. Klapa na całej linii:

Kiepski ze mnie fotograf, i muszę w końcu znaleźć ładowarkę do aparatu, bo zdjęcia z komórki to nie to 😦 Ale coś jednak widać 🙂
Po pierwsze jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności bardzo doceniłam dwóch pisarzy, jedno wydawnictwo – Zysk i Spółka i jedną księgarnię – Matras. Staroroczna wyprz 😉

Od dołu:
China Mieville „Blizna” i „Żelazna rada” – łączące w sobie elementy fantasy i steampunku kontynuacje „Dworca Perdido” , pierwszej powieści tego autora (nie będę tu udawać niewiniątka – w Matrasie jej po prostu nie było, więc czekam na przesyłkę z Merlina…). Obsypane nagrodami, a fabuła zapowiada się baardzo ciekawie 😀 Oraz słynne „Miasto i miasto” 🙂
Ostatni rejs Fevre Dream” Martina – o mrocznych wampirach 😉 Jakby co, będzie na Pabla 😛
Oraz Vonnegut: „Galapagos” i „Syreny z Tytana” obydwie zapowiadają się rewelacyjnie, o Syrenach mogę już powiedzieć, że to jest COŚ!

Stos nie jest pełny, mam dwa awiza – pewnie Tolinowe wygrane, choć czekam też na przesyłkę od Inki oraz moją pierwszą szczotkę (aż paznokcie ogryzam, bo opis mnie bardzo zaciekawił). Aaaa, i jeszcze odbiór wisienki na torcie – słowem: za tydzień też będzie co tu wkleić 😛

Czuję się wewnętrznie oczyszczona: właśnie po raz kolejny przyznałam się do zakupoholizmu 😉 Dzięki za „przeczytanie” 🙂 Pozdrawiam 🙂

Straż! Straż! – Terry Pratchett

Ci z Was, którzy już od jakiegoś czasu śledzą mojego bloga, zapewne wiedzą, że jest to moje drugie spotkanie z tym autorem, odwlekane zresztą bardzo, chyba z powodu okładek, które jakoś nigdy nie potrafiły mnie zachęcić. Pierwsze nasze spotkanie było totalnym fiaskiem – jakoś nie umiałam dostrzec oktaryny i nie skończyłam „Koloru Magii” – było aż tak źle. Jednak niedawno zawarłam z Enedtil układ: ona przeczytała swoją pierwszą książkę Christophera Moore’a, a ja podjęłam ponowną próbę zaprzyjaźnienia się z Sir Terrencem Davidem Johnem „Terrym” Pratchettem.

Po raz kolejny mgły rozstąpiły się ukazując mocno zużyty układ współrzędnych, a konkretnie podwójne miasto Ankh-Morpork znane mi już z „Koloru Magii”. Miastem włada Patrycjusz, Lord Vetinari, człowiek inteligentny, istny demokrata nie lubujący się w zbędnym okrucieństwie (w przeciwieństwie do niezbędnego). Wiele lat temu doszedł on do wniosku, że zalegalizowanie Gildii Złodziei i Gildii Skrytobójców przyniesie miastu zdecydowanie bardziej wymierne korzyści (obniży przestępczość do tej zabudżetowanej tylko), niż utrzymywanie Straży Miejskiej. Zawód strażnika stał się zatem niezbyt poważaną profesją wykonywaną jako konieczność, uwłaczającą godności, czy nawet stanowiącą karę. Ogłaszanie, że „Już dwunasta i wszystko jest w porządku” to podstawowy obowiązek Straży Nocnej (w liczbie 2 chłopa) pod wodzą kapitana Vimesa.

W odległej krasnoludzkiej kopalni złota żyje sobie Marchewa – krasnolud zgodnie ze słynną zasadą rezonansu morficznego, jednak człowiek zgodnie ze wszelkimi innymi zasadami, chłopak może nie błyskotliwy, ale za lojalny i posłuszny. Niestety, rezonans morficzny to za mało, aby mógł zostać w kopalnii, jego przybrany ojciec wysyła zatem do Patrycjusza list z prośbą o przyjęcie Marchewy na służbę w Straży Miejskiej. Prośba zostaje przyjęta, nasz krasnolud rusza więc pełen zapału, pilnie studiując „Prawa i Przepisy Porządkowe miast Ankh i Morpork”.

Świetliste Bractwo Hebanowej Nocy, tajne (i nie do końca legalne) stowarzyszenie, a raczej Najwyższy Wielki Mistrz, jako, że pozostali Bracia są raczej nierozgarnięci, pragnie władzy. A jak najprościej to osiągnąć? Oczywiście przywołując smoka. I to nie byle jakiego smoka a najprawdziwszego Draco Nobilis, jednego z tych legendarnych smoków, które nie wybuchają, za to śpią na złocie i żywią się dziewicami (o te w Ankh-Morpork może być trudno). Dodatkowo warto mieć na podorędziu dziewica… ekhem… dziedzica tronu, z magicznym mieczem oczywiście.

Draco Nobilis, przywołany z miejsca, do którego odeszły smoki (nie wiem dlaczego porównanego do puszki – takiej od sardynek) sieje spustoszenie, a Straż Nocna (tak, te pijaki, które nie powinny biegać, w każdym razie nie za często i nie za szybko), wspierana przez Lady Ramkin – „psychiczną” znawczynię i miłośniczkę smoków z arystokratycznym pochodzeniem, oraz Bibliotekarza z Biblioteki Niewidocznego Uniwersytetu (małpiszo… znaczy: Orangutana), podejmuje śledztwo.

Mam wrażenie, jakby „Kolor Magii” i „Straż! Straż!” zostały napisane przez innego autora – w pierwszej wymienionej książce poczucie humoru było ciężkie i aż mnie raziło, po odłożeniu jej nawet na chwilę natychmiast zapominałam, co przeczytałam – po prostu nie potrafiła mnie wciągnąć. Przy drugiej często uśmiechałam się pod nosem, a parę razy nawet się zaśmiałam w miejscu publicznym. Fabuła niby jednowątkowa, ale jednak ciekawie przemyślana,  bogata w zwroty akcji i zaskakujące momenty, a im bliżej końca, tym większe napięcie. I poczucie humoru! Chciałam tu zacytować jakiś fragment, ale nie potrafiłam się zdecydować, czy lepiej wybrać Marchewę zajmującego się gwardzistami, czy np. konwersację na temat prawdopodobieństwa powodzenia pewnego planu, albo… ehh, okrutna będę i nie zacytuję nic, o! Sami sobie przeczytajcie!

Jeszcze tylko słówko na temat wydania: na jakiś obłąkańczy sposób te okładki pasują jak ulał, ale nadal nie trafiają w mój gust. No i jakość wydania pozostawia wiele do życzenia – trzy dni w damskiej torebce, a okładka się powyginała i rogi zszargały, no i jakość papieru do wysokich nie należy. Powinni w Prószyńskim Pratchetta troszkę docenić, w końcu to Kawaler Orderu Imperium Brytyjskiego za zasługi dla literatury 😉

Jest źle. Powiem więcej: jest bardzo źle. Od 1983 roku Pan Pratchett wydaje średnio dwie książki rocznie. To mnóstwo tomów do nadrobienia. Ale dam radę, i Bob jest Waszym wujem.

Ocena: 4,5/5 (za okładkę)

tytuł oryginału: Guards! Guards!
tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 301
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: zakupiona w Emiku

_________________________________________
dedykuję Enedtil i jej Paznokciom 😉

Stosik I – styczeń 2011

Moim postanowieniem noworocznym było nie kupić nowej książki, dopóki nie przeczytam wszystkiego, co w tej chwili „zalega” na moich półkach. Wyjątek: książki do recenzji i wygrane.

Pierwszy tydzień odwyku (tzn. dni 1-7 stycznia) nawet mi nieźle poszedł:

Od dołu:

„Ulica tysiąca kwiatów” – zachęcona recenzjami Moreni oraz Beatrix nie omieszkałam przytaknąć ochoczo, gdy moja nowa siostra mi zaproponowała tę książkę
„Straż! Straż!” – książka kupiona 😦 W Empiku 😦 Namówiłam Enedtil na Moore’a, więc czytam Pratchetta „za karę” – tym razem chyba widzę jakiś nowy kolor 😉
„Stokrotki w śniegu” – nagroda od Znaku za recenzję „Braku wiadomości od Gurba” – spóźniony prezent gwiazdkowy 😉

Tydzień 8-15 stycznia okazał się fiaskiem dla mojego odwyku 😉 ale o tym przy następnej okazji 🙂

Mechanizm serca – Mathias Malzieu

„W najzimniejszy dzień w dziejach świata, 17 kwietnia 1874, w Edynburgu rodzi się Jack. Chłopiec ma zamarznięte serce. By przeżył, ekscentryczna doktor Madeleine wszczepia mu mechanizm zegara z kukułką. Jackowi nie wolno się tylko zakochać, bo wówczas jego serce pęknie na zawsze.”

Kiedyś usłyszałam opinię, że w dziejach literatury i kinematografii wszystko już zostało powiedziane. Niby to się zgadza, klasyczne baśnie klasycznymi baśniami zostaną i coś, co powstało współcześnie nie może do tego miana pretendować. A Tim Burton „Edwardem Nożycorękim” zaznaczył swoje wyjątkowe miejsce w historii kina. Mathias Malazieu, francuski muzyk rockowy, „zmiksował” klasyczną baśń z burtonowską rzeczywistością i otrzymał „Mechanizm serca” – coś starego, a jednocześnie nowego.

Narratorem powieści jest Mały Jack, syn młodziutkiej dziewczyny, urodzony na edynburskim Arthur’s Seat. Doktor Madeleine, nieco ekscentryczna lekarka z misją, wszczepia maleńkiemu chłopczykowi drewniany zegar z kukułką, który stymuluje pracę jego serca. Jack doskonale pamięta i opisuje trudy porodu oraz swoje rozciągnięte podczas operacji  żebra – a czytelnikowi przechodzą ciarki po plecach.

Przytułek Doktor Madeleine stanowi również szpital położniczy dla okolicznych kobiet lekkich obyczajów oraz agencję adopcyjną. Przez kilka lat chłopiec jest pokazywany potencjalnym rodzicom, jednak mechanizm jego serca skutecznie ich odstrasza.

W dniu swoich dziesiątych urodzin mały Jack udaje się, po raz pierwszy w życiu, z Doktor Madeleine do miasta, gdzie dostrzega małą śpiewaczkę o słabym wzroku i z miejsca się w niej zakochuje. Nie jest to jednak platoniczne zauroczenie dziecka, a pełne erotyzmu uczucie godne dorosłego mężczyzny. Dziesięciolatek nie może spać, bez przerwy myśląc o małej dziewczynce, o krągłościach jej ciała… Ogarnięty pragnieniem Jack szuka swojej ukochanej, nawet przekonuje swoją opiekunkę, aby zapisała go do szkoły, do której rzekomo chodzi Miss Acacia, lecz niestety, zamiast wyśnionej małej śpiewaczki odnajduje tam tylko drwiny ze swej odmienności i prześladowanie ze strony dzieci.

Piętnastoletni Jack opuszcza w pośpiechu Szkocję i rusza do Andaluzji, wiedziony głosem swego drewnianego serca. Czy jego historia może znaleźć szczęśliwy finał?

Każda karta tej książki jest przesiąknięta „różową magią z czerwonymi iskierkami”, pierwszoosobowa narracja w czasie teraźniejszym tylko podsyca emocje, które odczuwamy wraz z Jackiem. A jednak będę się czepiać: autorowi przytrafiło się parę rażących anachronizmów: plastik i maszyna do popcornu nie były znane pod koniec XIX wieku, tym bardziej Charles Bronson, nie jestem też do końca przekonana, czy ramy czasowe powieści pozwalają na umieszczenie Kuby Rozpruwacza i Meliesa w tak małym odstępie czasu… Czytając zaś opisy marzeń Jacka o małej śpiewaczce oraz późniejszych wydarzeń, czasem trudno pamiętać, że chłopiec ma zaledwie 10, potem niecałe 15 lat… ale wiecie co? To naprawdę drobiazgi. „Mechanizm serca” stanowi też doskonały pretekst do przemyśleń: czy rzeczywiście bycie innym oznacza, że jest się gorszym? Czy nie odkrywanie wszystkich kart „na dzień dobry” oznacza, że jest się oszustem? Czy jeśli prawda jest zbyt niezwykła, automatycznie czyni to z niej kłamstwo? To właśnie, w połączeniu z magią, stanowi jego siłę.

Gorąco polecam „Mechanizm serca” każdemu, kto z zapartym tchem oglądał Edwarda Nożycorękiego – ta baśń dla dorosłych zdecydowanie przypadnie tej osobie do gustu. Pozostałym polecam jako dowód, że mimo, iż wszystko zostało już powiedziane, to nie znaczy, że nie można użyć innych słów i stworzyć równie fascynującej historii.

Ocena: 4/5

tytuł oryginału: La Mecanique du Coeur
tłumaczenie: Magdalena Krzyżosiak
Wydawnictwo: Świat Książki

liczba stron: 165
oprawa: twarda
cena z okładki: 24,90 PLN
jak do mnie trafiła: prezent gwiazdkowy. Można kupić taniej z kartą Świat Książki lub Selkar.pl, cena: 22,50 PLN

Małe zbrodnie małżeńskie – Eric-Emmanuel Schmitt

Eric-Emmanuel Schmitt – pochądzący z Francji dramaturg, eseista i powieściopisarz. Ukończył studia filozoficzne.  Wychowany w rodzinie ateistów, z przekonania gnostyk – pewna noc okazała się dla niego punktem zwrotnym w życiu duchowym, co podkreśla w każdym dłuższym wywiadzie. W Polsce znany z takich powieści jak „Oscar i Pani Róża” czy „Marzycielka z Ostendy”.

„Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana”. Przynajmniej tak pomyślałam patrząc na okładkę oraz po przeczytaniu na odwrocie cytatu: „Kiedy widzicie kobietę i mężczyznę w urzędzie stanu cywilnego, zastanówcie się, które z nich stanie się mordercą”. Szalenie intrygujące, nie sądzicie? Przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie, w związku z czym postanowiłam powiedzieć „Salut” twórczości Schmitta.

Ta przepięknie wydana książeczka to napisane w formie dramatu studium małżeństwa z 15-letnim stażem. Gilles, dotknięty po wypadku amnezją, wraca wraz z żoną do mieszkania, które wydaje mu się obce.  Lisa podejmuje próby przywrócenia mężowi pamięci i odzyskania ich dawnego życia. Takie przynajmniej jest założenie, jednak bolesne widmo małych zbrodni małżeńskich czai się gdzieś w ciemnych rogach salonu. Podczas czytania powietrze wokół aż iskrzy, a napięcie potęgują dodatkowo ilustracje Sylwii Kowalczyk – pasujące jak ulał, a jednak nie zdradzające fabuły.

„Małe zbrodnie małżeńskie” czytałam z zapartym tchem. „Małe zbrodnie małżeńskie” to króciutkie, acz nieustannie „dokręcające śrubę” dzieło. „Małe zbrodnie małżeńskie” to doskonale podparty psychologicznie, pełen nienachalnej metafizyki i życiowej mądrości dialog dwojga ludzi, którzy pobrali się z  miłości. To próba znalezienia odpowiedzi na dręczące ludzkość pytanie o naturę miłości, które jednak nie narzuca żadnego światopoglądu, a może pomóc znaleźć pewien punkt odniesienia, perspektywę. W końcu to opowiadanie z wręcz kryminalną intrygą, napisane z niebanalnym poczuciem humoru i smakiem.

Czy pani zabiła pana, czy może to jednak pan wygrał w ostatecznej walce? Warto sprawdzić na własne oczy.

ocena: 4/5

tytuł oryginału: Peits crimes conjugaux
tłumaczenie: Beata Grzegorzewska
ilustrowała: Sylwia Kowalczyk
Wydawnictwo Znak, 2008
liczba stron: 107
oprawa: twarda
cena z okładki: 29 PLN
jak do mnie trafiła: zakupiona w Selkar.pl, cena: 23,50 PLN