Monthly Archives: Grudzień 2010

Podsumowanie Grudzień

W grudniu w związku z remontem i Świętami nie miałam dużo czasu na czytanie, więc licznik się zatrzymał na 6 pozycjach:
Pan Lodowego Ogrodu” cz. 1 – Jarosław Grzędowicz,
„Blues Kojota”
– Christopher Moore,
„Ostatnia noc jej życia”
– Maureen Jennings – dziękuję Oficynce za egzemplarz do recenzji,
„Mistrz”
– Andy Andrews – dziękuję Wydawnictwu Otwarte za egzemplarz do recenzji,
„Pan Lodowego Ogrodu” cz. 2
– Jarosław Grzędowicz,
„Toliny”
– Conn Iggulden – książka znalazła się na mojej półce dzięki Lubimy Czytać i Świat Książki.

W tym miesiącu nie było lekko, bo trafiły mi się naprawdę świetne książki, jednak zdecydowanie palma pierwszeństwa przypada…: Panu Lodowego Ogrodu – Nie mogło być inaczej!

Chciałam przyznać jeszcze  wyróżnienie dla Książki Roku: „Miasto ryb” Natałki Babiny. Nie dość, że przeczytałam naprawdę świetną powieść, to jeszcze dzięki recenzji na blogu, miałam przyjemność spotkać się z jej autorką przy kawie i porozmawiać o książce i o życiu na Białorusi i w Polsce. Były to dla mnie zaszczyt, wyróżnienie i przygoda, nic więc dziwnego, że darzę „Miasto ryb” wyjątkowym sentymentem.

Życzę Wam wspaniałej zabawy, łatwego wstawania jutro, a w całym Nowym Roku dużo zdrowia i fascynujących lektur!  Uwaga: obrazek jest „kotem po uchu” kliknięcie na własną odpowiedzialność 😉

Toliny. Wystrzałowe opowieści dla dzieci – Conn Igulden, ilustracje: Lizzy Duncan

Kiedy przyniosłam wreszcie długo wyczekiwane „Toliny” do domu, nasz pięcioletni mały czytelnik aż skakał z niecierpliwości przy drzwiach w oczekiwaniu, aż wreszcie zobaczy nową książkę. Zasiedliśmy więc na kanapie i otworzyliśmy paczkę. „Mój Boże, jaka piękna” przemknęło mi przez myśl, jednak to mina Krzysia oddała w pełni zachwyt nad jakością oprawy: oczy zrobiły mu się okrągłe niczym złotówki, a na buzi wykwitł błogi uśmiech. „Mamo, jak oni włożyli tu ten słoik?” zapytał poważnym tonem mój syn, kiedy pierwsze wrażenie nieco ostygło. Zaśmiałam się w duchu, ale rzeczywiście, pomysł wykonania słoika na okładce zasługuje na pochwałę.

Po zachwytach nad okładką i mapą Szerłudkowa („Mamo, to tam, skąd pochodzi Robin Chudł?”) przyszedł czas na Księgę Pierwszą.

Krzyś zadaje mnóstwo pytań, więc czytając rozdział pierwszy oczywiście musieliśmy wysłuchać gamy (duszki nie potrafią zaśpiewać dźwięku his), spróbować wyobrazić sobie ile to jest tysiąc lat oraz obejrzeć zdjęcia rzymskich ogni. Na koniec padło pytanie „Mamo, a co to jest ta gra… grawitancja i… niewolnictwo?”.

Podczas czytania rozdziału drugiego wyszukiwaliśmy na obrazku przedstawiającym Toliny uwięzione w słoikach głównych bohaterów książeczki i poznaliśmy więcej rodzajów fajerwerków. Krzyś stwierdził też, że „brodacze postępowali z Tolinami bardzo nieładnie i one były smutne”.

Przy okazji rozdziału trzeciego i czwartego (podsumowanego głośnym „O nie!) moja pociecha doszła do wniosku, że zostanie naukowcem.

Księga Druga poświęcona jest medycynie, chorobom i śmierci, ale także przestrzeganiu prawa. Odbyliśmy z Krzysiem małą debatę na temat tego, czy Iskrzak postąpił dobrze, łamiąc prawo. Młody z ulgą przyjął informację, że prawo czasem można zmieniać, jak było na przykład z niewolnictwem. A na koniec oświadczył, że już nie będzie naukowcem, tylko lekarzem. „Albo tym, no… prawniczorem.”

Księga Trzecia to pojedynek tradycji z nauką, czyli zacofania z rozumem. Dodatkowo traktuje o spiskach Ciemnych Tolinów, którym przewodzi, nomen omen, Wybieg.
Krzyś dosłownie z wypiekami na twarzy słuchał o Torbaczu oraz knowaniach Ciemnych Tolinów i dopiero po skończeniu Księgi zaczął zasypywać mnie pytaniami. A następnie oświadczył, że będzie jednak astronautą.

Krzysiowi zapadły mocno w pamięć wplecione w treść książki przysłowia i teraz np. kiedy wracamy po zakupach pyta, czy to wąż z kieszeni zjadł chipsy…

Abstrahując od funkcji edukacyjnej, którą Iggulden doskonale realizuje w swojej książeczce – jako matkę bardzo cieszyły mnie liczne wybuchy śmiechu mojego synka i jego radosna mina, oraz fakt, że dzięki „Tolinom” będzie umiał docenić oprawę graficzną czytanej książki. „Toliny” powinny znaleźć się na półce domowej biblioteczki każdego małego czytelnika, którego rodziców nie przeraża wizja tysiąca pytań oraz którzy chcą, by ich dziecko żywo interesowało się czytaną bajką. 45 zł może nie jest niską kwotą, jednak uważam, że warto ją zainwestować w rozwój swojego malucha.

„Mamo, a będzie więcej?”
„Czego, synku?”
„Tolinów, mamo.”
„Na razie nie.”
„O, motyla noga!”

______________________________________________________________

*Recenzja nagrodzona przezi

Pan Lodowego Ogrodu t. 2 – Jarosław Grzędowicz

Tym razem postanowiłam nietypowo napisać luźne refleksje po przeczytaniu tomu drugiego zamiast zwykłej recenzji.

Bo wiecie co? Nie lubię recenzować tomu drugiego, piątego, a tym bardziej dziesiątego. Lepiej od razu całą serię, niż tak po kawałku… No i zwykle mam przy czymś takim problem, ile z fabuły zamieścić, żeby nie było spoilera… Tak więc o fabule nie będę pisać, bo: 1. tom pierwszy kończy się tak, że czegokolwiek bym tu nie napisała byłoby to spoilerem. 2.  Wycieczek do treści tomu pierwszego nie będzie, bo były tu a i to skąpo 😉 3. Ktoś może przypadkowo trafić na recenzję tomu drugiego i… podziękuje mi, że może „Pana Lodowego Ogrodu” dodać na półkę „tak jakby przeczytane”…

Tak więc zasłoną milczenia przykrywam powodzenie/niepowodzenie misji Vuko Drakkainena i perypetie nastoletniego Władcy Tygrysiego Tronu. Ten, komu pierwszy tom się spodobał długo bez drugiego nie wytrzyma, a pozostałym ta wiedza niepotrzebna 😉

Do rzeczy więc: proza Grzędowicza wywiera głębokie piętno na swoich odbiorcach. Przynajmniej na Waszej uniżonej autorce. Nie dość, że świetnie mi się go czyta, to jeszcze mam ochotę na więcej! A już najlepsza jest forma przejawiania się takowego zapotrzebowania: otóż dalsze losy Drakkainena mi się śniły 😉 Przebywanie w miejscu o takim:

trudno do przyjemnych zaliczyć, więc zdjęłam „Pana Lodowego Ogrodu”, opasłe tomiszcze nr 2, czem prędzej z półki i przeczytałam w wolne, długie świąteczne wieczory.

Często spotykam się ze stwierdzeniem, że druga część jest gorsza od pierwszej i trzeciej. Hmmm, ta na pewno jest inna od pierwszej, a trzecią dopiero zaczynam, więc nie mam zdania. Inna nie znaczy gorsza. Znaczy inna. W każdym razie w porównaniu z poprzednią ta jest nawet bardziej jak z koszmaru sennego. Co oczywiście jest uzasadnione fabułą, ale o tym: sza! Mi tam się czytało świetnie.

Brakuje mi mapy Midgaard. Jestem wzrokowcem, łatwiej byłoby mi się poruszać po tej planecie. Naprawdę, mapa bardzo by się przydała.

A Fabryka Słów mogłaby nieco solidniejszą okładkę zrobić: łatwo zszargać brzegi i łatwo się zagina. Jest też kilka literówek.

I podtrzymuję opinię, że wszystkie nagrody, jakie „Pan Lodowego Ogrodu” zgarnął są w 1000% zasłużone. „good job!”

Polecam! Oczywiście polecam zacząć od części pierwszej 😉

P.S. i kolejny wpływ Grzędowicza na mą skromną osobę: równoważniki zdań. Drakkainen używa ich całą masę, i tak patrzę, że mi się nieco udzieliło.

Świąteczny stosik

czyli co było pod choinką:

Od dołu:

Diuna, Mesjasz Diuny, Dzieci Diuny – przedstawiać nie trzeba, wydawnictwo Rebis zasługuje na laury za to wydanie: cudowne!
Monaldi&Sorti „Wątpliwości Salaiego” – czyli nie samą fantastyką człowiek żyje
Christopher Moore „Baranek” – czyli listy do Mikołaja pisać warto 😉
Mathias Malzieu „Mechanizm serca” – bo i dla duszy coś czasem trzeba przeczytać

Pozdrawiam poświątecznie 🙂

Mistrz – Andy Andrews

„Mistrz” (ang. „The Noticer”) pióra Andy’ego Andrewsa trafiła w moje ręce dzięki uprzejmości wydawnictwa Otwarte.

Ta książka to unikatowe połączenie literatury pięknej z podręcznikiem samodoskonalenia. Autor, ustami Jonesa, stawia trudne pytania i udziela nie mniej trudnych odpowiedzi. Dodatkowo na samym końcu książki znajdziecie pytania, których zadaniem jest pomóc Wam uzyskać nową perspektywę.

Kim jest Jones, zwany przez jednych Garcią a przez innych Chenem? Co sprawia, że pojawia się u boku mieszkańców nadmorskiego miasteczka dokładnie w chwili, gdy znajdują się w bardzo ciężkim położeniu życiowym i są o krok od podjęcia trudnej decyzji, lub po prostu nie wiedzą, co dalej począć… „Jestem mistrzem w obserwowaniu – wyznał – Taki mam dar. Jedni potrafią pięknie śpiewać, drudzy szybko biegać, ja zaś potrafię zauważać rzeczy, których inni nie dostrzegają, mimo, że większość z nich znajduje się na wyciągnięcie ręki. – Staruszek odchylił się, oparł rękami o ziemię i zadarł głowę – Widzę sytuacje i ludzi z innej perspektywy. Tego właśnie brakuje większości osób: głębszego wglądu, szerszej perspektywy. Dlatego staram się ofiarować im nowy punkt widzenia, który pozwala zatrzymać się, popatrzeć na życie z boku i zacząć od nowa.”

Cieszę się, że posiadam „Mistrza” na swojej półce, bo choć nie stoję na rozdrożu, to jednak jego lektura otworzyła moje oczy na kilka spraw. Czy jestem złotą rybką, czy też kotem? Czy dobrze wybrałam osobę, z którą stanęłam na ślubnym kobiercu? Na molo siedzi pięć mew, jedna postanawia odfrunąć. Ile mew zostało na molo? A najlepszą częścią tego poradnika samodoskonalenia jest… forma: zbiór anegdot o życiu, napisany łatwo przyswajalnym stylem.

Zdecydowanie polecam!

Ocena: 4/5

Ostatnia noc jej życia – Maureen Jennings

Czego oczekuję od kryminału? Nie muszę widzieć ani słyszeć ostatniego tchnienia ofiary. Nie potrzebuję zagłębiać się w najbardziej drastyczne i najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Chcę natomiast do samego końca nie być pewna, kto zabił, chcę podejrzewać każdą z postaci i, w miarę rozwoju akcji, szukać poszlak wraz z detektywem. Chcę uczestniczyć w szaleńczym pościgu za zabójcą. Tak, moja romantyczna dusza łaknie kryminału klasycznego, gdzie największą siłą detektywa jest jego umysł.

Kanada na przełomie XIX i XX wieku kojarzy mi się z Anią i Emilką. Z romantyzmem, uniesieniami i nostalgią. Z gruźlicą, biedą i herbatą. Z surowymi zasadami moralnymi, podziałami klasowymi i niesprawiedliwością społeczną.

Wydawałoby się, że Christie-Poirot to niepowtarzalny duet autorka-detektyw a Ania Shirley to wzorcowa mieszkanka Kanady. Uwaga! Nadchodzi kanadyjski tandem Jennings-Murdoch!

Na jednej z bocznych uliczek, tuż obok domu dwóch kobiet lekkich obyczajów, zostają znalezione nagie zwłoki kobiety lat około 15. Okazuje się, że Therese Laporte była służącą w domu bogaczy i w dodatku spodziewała się dziecka, co może nieco skomplikować śledztwo detektywa Williama Murdocha. Will prowadzi dochodzenie bardzo skrupulatnie, ale również rozważnie. Wie, że każda z osób, które znały tę dziewczynę skrywa jakiś sekret. Czy ojciec dziecka jest jednocześnie oprawcą Therese? Czy Murdochowi uda się odnaleźć mordercę, zanim ten znów uderzy?

Świetnie napisany kryminał, jednak mnie najbardziej zaimponował warsztat Maureen Jennings. Postacie są wiarygodne psychologicznie, każda z nich ma własną historię, którą autorka umiejętnie wplata w fabułę i dzięki temu tworzy bardzo plastyczny obraz dawno minionej epoki. Murdoch jest wyznania rzymskokatolickiego, co również zostało wykorzystane przez Jennings. Uśmiech na mojej twarzy wywołuje dbałość o szczegóły: wiem, jakiej fajki i marki tytoniu używa główny bohater, potrafię wyobrazić sobie jego płaszcz z foczej skóry, i pracę, jaką włożyła jego gospodyni w oczyszczenie go z plam. Podłoga u rzeźnika wysypana jest trocinami, a drzwi w gabinecie Murdocha zastępuje słomiana mata. Coś niesamowitego, jak na książkę z tak wartką akcją! A już największy plus za to, iż do samego końca nie wiedziałam, kto zabił. Gdy tylko nabierałam podejrzeń, pojawiał się nowy trop i znów każda z osób znających Therese stawała się podejrzanym.

Chcecie przeczytać świetny, zaskakujący kryminał? „Ostatnia noc jej życia” jest dokładnie tym, czego szukacie.

Ocena 5/5

Opublikowano wcześniej w serwisie nakanapie.pl

Blues Kojota – Christopher Moore

Christopher Moore to autor 12 powieści (w Polsce wydano dziewięć z nich) z gatunku comic fantasy, nazywany następcą Vonneguta. Wydany w 1994 roku „Blues Kojota”, okrzyknięty „Kultową powieścią dla ludzi zbyt wybrednych, by stać się częścią jakiegokolwiek kultu” to druga w jego dorobku książka. W Polsce ukazała się ona nakładem wydawnictwa Alfa-Wero w 1998 r. w tłumaczeniu popełnionym przez Panią Danutę Górską.

„(…) kiedy wszystko jest z tobą w porządku, ale boisz się, że coś pójdzie źle i zniszczy twoją równowagę, wtedy czujesz Blues Kojota.” (s.40)

Sam Hunter, sprzedawca marzeń (hmm, ubezpieczeń) skrywający tajemnicę, która we wczesnej młodości zmusiła go do ucieczki z ziem plemienia Kruków, żył samotnie, lecz w miarę spokojnie, w Santa Barbara. Pewnego dnia na parkingu dostrzegł kobietę swojego życia oraz… swego ducha opiekuńczego, starożytnego indiańskiego boga oszusta Kojota. Kojot zapytał, czy Sam chce tę dziewczynę, po czym… przewrócił jego życie do góry nogami. Dosłownie – Sam w jednej chwili stracił pracę, mieszkanie i reputację.

Gdyby tę powieść napisał ktoś inny, właśnie przeczytalibyście jej spoiler, ale u Moore’a to tylko preludium… „To jakaś kafkowska kreskówka ze Strusiem Pędziwiatrem, kiedy podjechała taksówka z firmy taksówkowej Acme, z kierowcą w fezie. Animowana przez Hieronima Boscha, dodał w myślach Sam.” (s.222). Facet od książek tym zdaniem podsumowuje całokształt swej twórczości – cóż może być bardziej nieprzewidywalne, groteskowe i absurdalne, niż Animki na Sądzie Ostatecznym?

Perypetie Sama, któremu za wszelką cenę stara się pomóc (czy też zrujnować życie?) jego opiekuńczy duch, przeplatane są retrospekcjami z dzieciństwa i młodości głównego bohatera, oraz mitami z początków świata, w których w roli głównej występuje Kojot. Oszust jest podatny na wpływy, łatwo popada w uzależnienia, ma nieokiełznane libido, oraz spotkał kiedyś Jezusa Chrystusa, który próbował go nauczyć chodzenia po wodzie.

Byłam tej książki bardzo ciekawa, i, pomijając „zabójcze” tłumaczenie, nie zawiodłam się. Faceta od książek nie jest łatwo zrozumieć, a co za tym idzie – lubić. Jego powieści mają drugie dno – oprócz absurdalnej powiastki o lekko upośledzonym umysłowo, wiecznie napalonym, dawno zapomnianym bogu, Moore daje nam powieść o porządnym człowieku, który całe swoje życie spędził nosząc przeróżne maski, powieść o największej miłości, jaka istnieje i do czego taka miłość jest zdolna.

Na wstępie nadmieniłam, że tłumaczenie zostało popełnione przez Panią Górską – i podtrzymuję to stwierdzenie. Czytuję blog Christophera Moore’a, przeczytałam do tej pory 7 jego powieści, więc całkiem nieźle znam jego styl. Panu Drewnowskiemu, który dla wydawnictwa Mag przetłumaczył większość książek tego autora, udało się bezbłędnie oddać jego amerykańskie poczucie humoru, podczas, gdy Pani Górska dokonała pewnej „korekty”, pokuszę się o nazwanie jej „anglikanizacją”: gdyby nie kilka charakterystycznych dla Moore’a elementów, oraz postaci (Riverę i Minty’ego Fresh’a – tu przezwanego Zgryzem Prawidłowym – jeszcze spotkamy) pomyślałabym, że czytam wprawkę do „Amerykańskich bogów” Gaimana (sic!)…

Nie ma lekarstwa na Blues Kojota, ale zdecydowanie polecam tę książkę i jej autora każdemu, kto szczyci się swoim czarnym humorem. Bardziej wrażliwymi może wstrząsnąć 😉

Ocena 4,5/5

Teraz czytam – Ostatnia noc jej życia

Na tę pozycję natrafiłam wśród zapowiedzi na stronie Oficynki. Bardzo zaciekawił mnie opis, urzekła okładka, autorka wydała mi się interesującą osobą, mam sentyment do Kanady na przełomie XIX i XX wieku i uwielbiam klasyczne kryminały – po prostu musiałam tę powieść mieć!

Książka na moją półkę trafiła dzięki uprzejmości Oficynki – dziękuję 🙂

Hall of Fame

Kolejna nowość: zdjęcia mojej biblioteczki. Po kawałku 🙂

Od lewej: Tolkienowskie „Hobbit” oraz „Dzieci Hurina”,
obok „Kot alchemika” W. Moersa – całkiem niezły kawałek niemieckiej fantastyki,
dalej Neil Gaiman: „Amerykańscy bogowie. Wersja autorska”, „Odd i Lodowi Olbrzymi”, u góry: „Chłopaki Anansiego”, „Nigdziebądź” i „Księga cmentarna”
Dalej Moore (ulubiony autor): saga „Krwiopijcy” (jedna wypożyczona nowej siostrze), „Brudna robota” czyli o Śmierci po amerykańsku, „Błazen” – wariacje na temat Szekspira, „Najgłupszy anioł” czyli kiedy zombie chodzą do Ikea. Powoli kończę „Blues kojota”, brakuje tylko „Błazna” oraz „Wyspy wypacykowanej kapłanki miłości” i będzie pełnia szczęścia 😀
„Opowieści z meekhańskiego pogranicza” Wegner obydwa tomy,
komplet „Pana Lodowego Ogrodu” Grzędowicza,
dalej Tim Lebbon „Zmrok” i „Świt” – dark fantasy, dopiero w planach,
obok „Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu” Maguire – obowiązkowa pozycja dla fanów i anty-fanów Oz
Leżą: Spakowskiego „Wiedźmin” – do wymiany na edycję kolekcjonerską w przyszłości,
„Trylogia husycka” – mi się podobała 😉
komplet „Opowieści z Narnii” Lewis– mocno zaczytany, ale nadal ładny,
dwa z trzech tomów Wojny Łabędzi Sean’a Russela – marzę o trzecim tomie, ale nie mogę go nigdzie znaleźć

Ta półka to moje prywatne Hall of Fame – ulubieni pisarze, ulubione książki.

Teraz czytam – Blues Kojota

Polowałam, polowałam i upolowałam 🙂 Druga w dorobku i pierwsza wydana w Polsce, książka Christophera Moore’a. Musiałam ją mieć! The Author Guy gości na mojej półce już od jakiegoś czasu i zajmuje tam honorowe miejsce. Niepowtarzalny, niepodrabialny, jedyny w swoim rodzaju. Gość, który absurd, groteskę i satyrę wyszlifował i oprawił w złoto niebanalnej, nieprzewidywalnej fabuły z elementami fantastyki. Błazen z wysokim IQ – niebezpieczna mieszanka 😉