Monthly Archives: Październik 2010

Corpse Bride

Reklamy

Jest błąd…?

Składam dokumenty do pewnego urzędu. Pani w okienku przegląda pakiet i mówi:
– Jest błąd.
– W którym miejscu? – pytam – zabiorę do biura, poprawię i dziś przywiozę z powrotem.
– Proszę pani, ja nie jestem od tego. Poza tym jest dobrze.
– Ale mówiła pani, że jest błąd? – nie bardzo rozumiem.
– Już pani mówiłam, JA nie jestem od tego. Jest dobrze. Ale będzie pismo o poprawienie błędu. – odpowiada urzędniczka znudzonym tonem.
„A co mi tam, nie ja wypełniałam dokumenty….” myślę sobie. Zostawiłam pakiet miłej pani. A pismo przyszło dwa tygodnie później…

Opowieści z meekhańskiego pogranicza Północ-Południe – Robert M. Wegner

Właśnie zamknęłam wegnerowskie „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe”. Jakie wrażenia? Już w pierwszym rozdziale, wpadłam w zasadzkę u podnóży lodowca, nie wiedząc nawet, kto i dlaczego ją zastawił. Kiedy zostało mi to wyjaśnione, pokrótce, na więcej nie ma czasu, ruszyłam wraz z 6 kompanią Górskiej Straży przez lodowiec, nadal nie bardzo rozumiejąc o co chodzi… Ale wszystkiego dowiedziałam się w odpowiedniej chwili.

Wegner nie szczędzi czytelnikowi brutalnych szczegółów, a fabuła nie zwalnia nawet na sekundę od pierwszej litery do ostatniej kropki. Nie zwalnia ani opisując pełne napięcia oczekiwanie na bitwę w części „Północ”, ani miłosną schadzkę kochanków w części „Południe”. Mało tego, są momenty, w których jeszcze przyspiesza. Wielokrotnie na kilka-kilkanaście stron traciłam całkowicie kontakt z rzeczywistością, porwana przez wir wydarzeń. Tę książkę czyta się jak w transie, szybko, szybciej, jeszcze szybciej…

Język powieści, czy raczej zbioru opowiadań z dwóch rejonów Imperium meekhańskiego, jest surowy, brak mu ozdobników, nawet „landszafty” malowane są w telegraficznym skrócie. Nie ma czasu na sentymenty. Ta surowa zwięzłość języka, jest de facto nieocenioną zaletą warsztatu Wegnera – jego dzieło liczy niecałe 600 stron… nawet nie chcę sobie wyobrażać objętości „Opowieści”, gdyby autor nie zrezygnował z opisywania nam każdej postaci, jej stroju i przemyśleń, każdego oglądanego widoku… A jednak świat powieści jest niesłychanie rozbudowany, ma własną mitologię, legendy i podania, plemiona, tradycje, całe Imperium.

A bohaterowie? Wegner mówi nam o nich tylko tyle, ile potrzebujemy wiedzieć, wystarczająco dużo jednak, byśmy widzieli w nich ludzi z krwi i kości. Ba, mało tego, pokazuje ich nam tylko w konkretnych sytuacjach, nierzadko w formie snapshotów, a mimo to przywiązujemy się do nich, śledzimy ich losy z zapartym tchem.

Spójrzcie na okładkę: miecz i topór skrzyżowane na tle czerwonej (ciężko powiedzieć, czy od krwi czy od ognia) skały, wokół ciemność. Nic więcej. Podoba Wam się ta okładka? Więc powinniście kupić „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”, spodobają Wam się na pewno. I ostrzegam: to nie jest książka na jedno przeczytanie, ja na pewno do niej wrócę. W tym wypadku wytarty frazes „nie oceniaj książki po okładce” się nie sprawdza – „Opowieści z meekhańskiego pogranicza Północ-Południe” jakie są – każdy widzi.

Zarzucę tylko jedno: brak mapy. Osobiście lubię śledzić kroki bohaterów, umiejscawiać na papierze to, co oglądam oczyma wyobraźni. Może kiedyś, w wersji kolekcjonerskiej?

Cena tej książki to 32PLN. Tanio, jak na taką zawartość… I jeszcze ten bielusieńki, pachnący nowością kredowy papier w środku…

POLECAM!!!

Chwalę się…

Zostałam wytypowana na recenzenta tygodnia w portalu LubimyCzytac.pl za recenzję książki „Szmira” Charlesa Bukowskiego 🙂 Dostać nagrodę za przeczytanie świetnej książki – jak wisienka na torcie 🙂 Dziękuję organizatorom i konkurencji 🙂

Brak mi słów…

Jedyna, powtarzam: JEDYNA opinia pod książką:

Przyzwyczajenia czytelnicze

Swego czasu na LubimyCzytac.pl padło pytanie o przyzwyczajenia czytelnicze. Co czytam znajdziecie w zakładce „O mnie”. A jak?

Czytam „od deski do deski”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy, że nie zaglądam do środka, ani na koniec. Czytaniu ostatniego zdania, kiedy jestem w trakcie książki (albo, co gorsza, przed jej zaczęciem) mówię stanowczo NIE!

Nigdy nie zaginam rogów, to barbarzyństwo. Do zaznaczania używam zakładki specjalnie w tym celu zakupionej, bo prowizoryczne (bilety, paragony, metki, wstążeczki, itp.) notorycznie gdzieś gubię.

Nie podkreślam długopisem, markerem, ołówkiem, czy innym paskudztwem cytatów, albo co gorsza całych fragmentów, do tego celu używam zakładek indeksujących, książka po skończeniu potrafi wyglądać tak:

(przepraszam za jakość – zdjęcie z komórki, no i żaden ze mnie fotograf…). Możecie mi wierzyć, lub nie, ale to nie są wszystkie ciekawe fragmenty w tej książce, starałam się być rozsądna…

W książce mam często wklejony post-it, na którym wynotowuję ciekawe zwroty, zagadnienia, lub nieznane słowa do sprawdzenia w internecie.

OK, nie jest ze mnie czytelnik doskonały, bo jak mnie historia wciągnie – grzeszę czytając przy jedzeniu. I zdarza mi się czasem położyć książkę do góry grzbietem (klejoną – rzadko, szytą – częściej)… ale szanuję swoje książki i żadna nie ma plam od kawy, czy tłuszczu, a rozpadają się tylko te naprawdę stare, „zaczytane” jeszcze przez moich rodziców, i te kiepsko wydane z lat 70-90…

„Najstarszego” Ch. Paoliniego podtopiłam w wannie, wyprasowałam więc mokre strony i upchnęłam go ciasno na półce, ale i tak wygląda, jakby mu przybyło z 200 stron… Pierwsza od dawna książka, którą czytałam w kąpieli.

Ogólnie bardzo ciekawe zagadnienie, można się pokusić o stwierdzenie: powiedz mi, jak czytasz, a powiem Ci kim jesteś…

W sklepie mięsnym

– Proszę pani, ta wędlina w ziołach jest drobiowa?

– Ta w Marianku? Nie, proszę pani. To z indyka.

Jesień? Jaka jesień!

Moje storczyki robią przedlistopadową niespodziankę! Żółciutki, którego kupiłam z litości, bo nikt inny by go nie chciał, puszcza dwa nowe pędy kwiatowe na starej łodydze i jedną nową 😀 A ten obok, o którym myślałam, że już więcej nie zakwitnie po styczniowej przeprowadzce, też chyba postanowił się odwdzięczyć za opiekę 😀 Cała reszta puszcza a to listek, a to korzonek… Jesień? Jaka jesień! Ha!

Christopher Moore – status na FB

Fajnie, że jeden z moich ulubionych pisarzy żyje, ale wolałabym, żeby pisał, zamiast się odgrażać na FB, że zablokuje fanów, którzy go o to proszą…

Szmira – Charles Bukowski

Szanowny Panie Bukowski,

Piszę do Pana, aby podziękować za Pańską „Szmirę”. Przyznam się Panu, że kupiłam ją dla tytułu – coś, co nazywa się „Szmirą” z całą pewnością:

a)      Jest szmirą
b)      Szmirą nie jest

A ja po prostu musiałam to sprawdzić, szczególnie biorąc pod uwagę wydanie: paperback z niezbyt ciekawym rysunkiem na okładce, tani papier, format kieszonkowy… jak na szmirę przystało. Pańska „Szmira” „Szmirą” jest, bo w końcu taki tytuł jej Pan nadał, szmirą natomiast zdecydowanie nie jest. Przewrotny był z Pana człowiek, Panie Bukowski, i utalentowany jednocześnie.

Nick Belane się Panu udał – 55 letni życiowy nieudacznik, hazardzista, pijak i „erotoman-gawędziarz”. I sprawy nad którymi kazał mu Pan pracować… Nawet kosmici się Panu udali! Belane sam o sobie mówi: „Oczy miałem błękitne, buty stare i nikt mnie nie kochał. Ale miałem robotę.”

Język Pańskiej „Szmiry” również jest jej zaletą. Wszystkie wulgaryzmy, które co prawda piękne nie są, mają swoje uzasadnienie: autentyczność. Czy Nick Belane byłby wiarygodną postacią, gdyby zamiast zamknąć kogoś w kiblu, uwięził go w toalecie? Rzucenie „motylej nogi” również byłoby nie na miejscu, nie ta mentalność, nie ta estetyka. Tak więc i za wulgaryzmy, Szanowny Autorze, dziękuję.

Panie Bukowski, pozwoli Pan, że przytoczę fragment, jeden z wielu, który przekonał mnie do wcześniejszego mojego stwierdzenia, że szmiry się Panu nie udało stworzyć:

„Weszła.
No, nie kłamię, na sam jej widok zacząłem się ślinić. Kieckę miała tak obcisłą, że o mało nie pękały szwy. Babka musiała przepadać za koktajlami czekoladowymi. Jej obcasy przypominały małe szczudła. Szła niczym kulawy pijaczek, zataczając się na boki. Jeden ponętny zawrót głowy.
– Niech pani siada – powiedziałem.
Usiadła i skrzyżowała nogi tak wysoko, że niemal wypadły mi gały.
– Miło mi panią widzieć – oświadczyłem.
– Przestań się pan gapić. Nie mam tam nic, czego nie widziałeś dotąd.
– Akurat w tym przypadku jest pani w błędzie. Ale wszystko po kolei. Jak się pani nazywa?
– Pani Śmierć.
– Pani Śmierć? Występuje pani w cyrku? W filmach?
– Nie.
– Miejsce urodzenia?
– Nieważne.
– Rok urodzenia?
– To ma być żart?
– Nie, chcę tylko zebrać wstępne informacje…
Straciłem wątek, zacząłem się gapić na jej nogi. Zawsze najważniejsze są dla mnie nogi. Były pierwszą rzeczą, jaką ujrzałem, kiedy się rodziłem. Wtedy starałem się wydostać. Od tego czasu ciągle pcham się w przeciwnym kierunku, ale wyniki mam raczej mizerne.
Strzeliła palcami.
– Hej, ty, otrząśnij się!
– Hm? – Uniosłem głowę.
– Sprawa Céline’a. Pamiętasz?
– Ta, pewnie.
Rozprostowałem spinacz, skierowałem koniec w jej stronę.
– Będzie mi się należał czek za moje usługi.
– Jasne. – Uśmiechnęła się. – Ile bierzesz?”

Chapeau bas! Panie Bukowski, ile razy czytałam i oglądałam podobną scenę! Ale tamtym scenom czegoś brakowało – poczucia humoru, polotu, iskry, przymrużenia oka… Tamte sceny były na serio, i były… szmirowate…

Panie Bukowski, dziękuję Panu za Pańską „Szmirę”. Dziś już tak udanych pastiszy nie robią, a tym bardziej z takim finałem! Dla pozostałych Pańskich dzieł przygotuję odpowiednie miejsce na półce.

Nie mógłby Pan tam z góry, środka, lub dołu – gdziekolwiek Pana los rzucił, natchnąć jakiegoś mało znanego młodzieńca? Najlepiej z lechickiego plemienia, ale i każde inne „will do”.

Z wyrazami szacunku,

magda

_____________________________________________
*Recenzja tygodnia 18-24 października 2010 w LubimyCzytac.pl