Monthly Archives: Wrzesień 2010

Animowana Historia Polski

Reklamy

To była Lola – Russel Hoban

„Karzeł śpi na ramieniu Maksa. Maks nie widzi jego twarzy. Mówi do swego umysłu:
– Halucynacje to zjawiska mentalne, nie?
– Owszem – przytakuje umysł – Ale to nie ja zmyśliłem tego koleżkę. Jestem jak poczta: nadchodzą przesyłki, a ja je sortuję”.

Pełna metafizyki opowieść o sile miłości, zemście podanej na zimno i karmie. Ciśnie mi się na klawisze stwierdzenie, że to dobra książka, ale gniot.

Dobra, bo jest ciekawym studium osobowości głównego bohatera zaprawionym nutką hinduskiej religii i magii. Jest dobrze napisana, idealnie mi tu pasuje określenie „szczerze”, kawałek szczerej literatury – umysł Maksa, postacie z jego książek w niesłychanie dosadny sposób krytykują jego zdradę.

Gdyby jednak obedrzeć fabułę z całej metafizyczności nagle zostaje nam schizofreniczny „wannabe” pisarz, który utracił miłość swojego życia zdradzając ją z pierwszą napotkaną „lalunią”. I tu się właśnie „kłania” gniot.

Od momentu, gdy Lola odchodzi, nasz główny bohater, który już wcześniej nie był do końca zdrowy, pogrąża się w halucynacjach i rozmowach ze swoim umysłem oraz bohaterami powieści, które mógłby napisać, gdyby tylko znalazł Pierwszą Stronę. W dodatku pojawia się drugie dno jego zdrady i wydarzeń „po”. Uwieńczenie stanowi banalne zakończenie, które, w moim odczuciu, chyba różni się nieco od początkowego zamysłu autora (więc może jednak jest zaskakujące?).

Przez książkę przewija się sporo muzyki, szczególnie klasycznej oraz hinduskiej, myślę, że płyta dołączona do wydania na pewno uprzyjemniłaby czytanie.„Muzyka ma to do siebie, że wzmacnia wszystko, co znajduje na swojej drodze.”

Z pewnością nie jest to babska literatura, jakiej się spodziewałam po okładce, ale też niewiele ma wspólnego z fantasy, którego klimatem jest podobno przesycona, osobiście zaliczyłabym ją do nurtu realizmu magicznego. Nie odradzam, nie polecam.

kfiatyy…

Moja trzynastomiesięczna siostrzenica, oczko w głowie swojej cioci, zapytana „co to?”  mówi „k’fiatyyyy” takim tonem, jakby chciała dodać „Oj, ciocia, nie wiesz?” A  głupia ciocia za każdym razem się cieszy…

Przygoda z owcą – Haruki Murakami

Tak naprawdę bardzo trudno ocenić tę książkę. Po opisie z okładki spodziewałam się czegoś zupełnie innego i, mimo, że zaliczam „Przygodę” do kategorii „do ponownego przeczytania”, odczuwam pewien niedosyt… i ciekawość, jaki dźwięk wydaje głowa mumii uderzana metalowymi szczypcami…?

Gdybym miała powiedzieć o czym jest „Przygoda z owcą” powiedziałabym, że o paleniu papierosów, piciu piwa latem a whiskey zimą i stosunkach płciowych z dziewczynami, które z każdym idą do łóżka. Ale tak nie jest. Jest to również opowiadanie o penisie wieloryba w pobliskim akwarium, piknikach, kocie i mieście Dwanaście Wodospadów. Jest to historia kierowcy i Owczego Profesora, Szefa oraz dziewczyny o wspaniałych uszach. A także o rolnictwie i hodowli zwierząt w Japonii…

Niezwykle refleksyjna, pełna zadumy, piękna i zaskakująca… a z drugiej strony do tego stopnia refleksyjna, że momentami łapałam się na tym, że nie pamiętam, o czym była ostatnia strona.

Zdecydowanie polecam tę książkę jako swoisty balsam dla duszy.

Agent Dołu – Marcin Wolski

„(…)przyjemny jak premia kwartalna” tomik z wolszczyzną wymusza na mnie pewnego rodzaju grafomanię przy ocenie… Po tym jak już dowiemy się, że moralność Meffa jest jak „dobra szwedzka prezerwatywa” – po niewielkiej ablucji nadaje się do wielokrotnego użycia, znajdziemy tu: szaleńczy pościg między Agentami Góry(uprowadzającymi za plecami Szefa głównego bohatera renówką) a Agentami Dołu (kradziony biały mercedes) po którym Biali (a właściwie Niebiescy) wskakują we włosiennice, okładając się przy tym dyscypliną i posypując głowy popiołem. Dalej uświadczymy latanie na miotełce do ubrań (bo nie widać spod płaszcza) czy w końcu Ufoludki w wielce szlachetnej misji.

Ale nieznane są zamiary nieznanego nieprzyjaciela. Dzięki piekielnemu almanachowi „Who is Who in Hell” zakupionemu od Markiza de Sade, w przygotowanie Rozwiązania Ostatecznego zaangażowani zostają Drakula (z jedynym kłem przeżartym próchnicą)Frankenstein (ukrywający się… zresztą – po co zdradzać szczegóły), wilkołak imieniem Kajtek, neohippisowska topielica Susy żyjąca w komunie Ludzi-Ryb oraz półdiabeł z próbówki imieniem Mister Priap.

Po mistrzowsku przyrządzony i podany koktajl z najczarniejszego humoru i doskonałej makabreski z nutką przedniej satyry. I tylko łezka się w oku kręci, że nie doczeka się hollywoodzkiej ekranizacji…

Jesień…

Po przepięknej sobocie i przyjemnej niedzieli poniedziałek przypomina o tym, że dziś do pracy… szaro, ponuro, chłodno i  w dodatku na ulicach leżą suche liście i wrony kraczą, co mi się nieodparcie kojarzy z jesienią. Tylko gdzie się lato podziało? Minęło mi tak szybko, że nawet nie wiem kiedy. Ale warto było nie zauważyć lata:

Najgłupszy Anioł – Christopher Moore

Rewelacyjna, momentami płakałam ze śmiechu!!! Czyta się szybko, może ze względu na to, że kiedy myślisz, że gorzej już być nie może, Moore w charakterystyczny dla siebie sposób wyskakuje zza węgła z okrzykiem „A-kuku!!” i nowym niesamowitym pomysłem, chichocząc przy tym opętańczo!

Miejscami wulgarna, nieco obsceniczna, może nawet niektórym wydać się niesmaczna… Bardzo amerykańska z tym uwielbieniem dla Świąt i supermarketów i jednocześnie otwarcie i z premedytacją je krytykująca. Z pozoru pusta, a jednak, gdy spojrzeć innym okiem – pełna ludzkich tragedii, samotności, szaleństwa, kompleksów. Ale patrzeć innym okiem nikt nie każe, wystarczy przeczytać tak po prostu: od deski do deski.

Polecam!

Chłopaki Anansiego – Neil Gaiman

„Chłopaki Anansiego” to ponoć kontynuacja „Amerykańskich Bogów”. Luźna kontynuacja, może tak nazwana, bo powstała po „Amerykańskich Bogach” i występuje w niej Anansi z całą swoją boską otoczką oraz pewna skrzynia? Mniejsza o większość, w każdym razie, jeśli jeszcze nie czytaliście „Amerykańskich Bogów” proponuję odwrócić kolejność i zacząć od „Chłopaków Anansiego”. Dlaczego? Ponieważ w ten sposób obie pozycje uznacie za świetne, w kolejności chronologicznej zaś „Chłopaki” przy „Bogach” wypadają nieco blado… Niby mamy tutaj estetykę snu, ale w „Bogach” jest ona po prostu perfekcyjna. Niby mamy grozę, ale „Bogowie” cały czas utrzymują wysoki poziom napięcia. Niby mamy humor, ale w „Bogach” „satyra na…” była na wyższym poziomie, a i humor sytuacyjny był lepszy.

Ale to i tak jest świetna książka, spotkałam się z określeniem „inteligentna fantastyka” – touché! Do czytania ze zrozumieniem prozy Gaimana nie wystarczą tylko oczy – potrzebna jest też wiedza ogólna o świecie i dobra pamięć.

U Gaimana bardzo podoba mi się sposób kreślenia postaci, szczególnie drugoplanowych – są równie żywe jak główni bohaterowie i równie mocno zapadają w pamięć. I powinny – w końcu czasem z pozoru luźna uwaga pod adresem jednej z postaci okazuje się mieć duże znaczenie dla fabuły. Przy całej plastyczności postaci nie jesteśmy na szczęście „zarzucani” pseudopsychologicznym słowotokiem, który w mojej opinii ma za zadanie podniesienie wartości materialnej książki 😉 Pan Gaiman zostawia czytelnikowi pewną dowolność w doszukiwaniu się pobudek kierujących bohaterami, zapewne licząc na inteligencję swego odbiorcy – i to kolejny plus prozy tego pisarza.

„…po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój…” – tylko czy na pewno? U Gaimana nie można być tego nigdy do końca pewnym. Nie nastawiajcie się też na prostą, przewidywalną akcję. Pan Gaiman trochę się bawi z czytelnikiem – słowa sączone są oszczędnie, kołysząc nas delikatnie, prawie usypiając naszą czujność, gdy nagle następuje znaczący zwrot akcji (niemal jak diabełek z pudełka), a później zabawa zaczyna się od nowa, bardzo powoli odsłaniając zakończenie, prawie przewidywalne, lecz mimo wszyskto zaskakujące.

Moja recenzja niewiele Wam powie o samej fabule, jednak patrząc z perspektywy osoby, która właśnie zamknęła tę świetną książkę, uważam, że tak jest lepiej. Fabuła jest tylko dodatkiem to tego bardzo dobrego kawałka fantastyki, napisanego przez bardzo dobrego pisarza – ciśnie się na klawiaturę „wybitnego” ale na takie stwierdzenie mam jeszcze czas i kilka książek Gaimana na półce.

Zdecydowanie polecam!

Zmierzch

Recenzja: całą sagę połknęłam w niecały tydzień. Potem jeszcze raz, czasem jestem intelektualną masochistką… Niby pomysł był niezły, ale ogólnie to jest jakaś katastrofa. Może jestem już za stara, ale jak dla mnie plastik, cekiny i brokat, wszystko różowe i ckliwe.

Ale nie o tym chciałam. Coś mi bardzo długo nie dawało spokoju, i w końcu w zakamarkach pamięci odnalazłam  serial o kosmitach pt. Roswell, kręcony w latach 99-02…

jak widać nie tylko ja na to wpadłam… Tak naprawdę wystarczy obejrzeć pierwszy odcinek czy dwa Roswell: Max ratuje Liz, potem jest lekcja biologii z pobieraniem krwi, na którą Max, z wiadomych względów, nie przychodzi, i zaczynają się tajemnice… Pani Meyer tu okroiła, tu dodała od siebie, tu chłopca zmieniła na dziewczynkę, tu pożyczyła z innego filmu lub książki i generalnie wyszedł Zmierzch…

Istota

Działo się to dawno, tak dawno, że kraje nie miały swych obecnych nazw,  a granice wyznaczane były przez roślinność i pogodę.
W zielonym kraju u podnóża gór była osada ówczesnych ludzi. Wiosną i latem kraina ta była przychylna dla ludzi, żyzna ziemia, bogate w zwierzynę lasy i pełne ryb wody. A i krajobraz zachwycał swą żywą zielenią, błękitem wody i nieba oraz majaczącymi w oddali sylwetkami gór. Gdy tylko nadchodziły jesienne słoty, a potem zimowe śnieżyce i długie, zimne noce, kraj stawał się nieprzychylny, lecz ludzie i tak go kochali. Był to kraj ich przodków, ziemia, która była dla nich łaskawa. Ludzie ci byli silni, mieli ciemne oczy i włosy, wiosną i latem byli weseli, skorzy do uciech, zimą stateczni i poważni.

Wśród przodków ludzi z podnóża gór krążyła legenda, która mówiła, że gdzieś, w górskiej jaskini żyje istota, nieopisanie piękna, która potrafi powiedzieć, czy para ludzi kocha się naprawdę. Jednak cena za to jest straszna, w przypadku prawdziwej miłości istota zabija jedno z pary kochanków, gdy zaś miłość nie jest szczera oboje mogą odejść. W dawnych czasach istotę ponoć odwiedzało wiele par, które chciały się przekonać o swej miłości, później jednak legenda została częściowo zapomniana, a częściowo uznana za stary zabobon. Nie zachowały się nawet przekazy, ile par ocalało, a ile osób wróciło samotnie.
– Kto chciałby w nagrodę za prawdziwą miłość umrzeć, bądź oglądać śmierć ukochanej osoby – pytali ludzie – i czemu nagradzane jest nieprawdziwe uczucie? Istota nie istnieje, jak może istnieć takie zło? Wszak bogowie nie dopuściliby do tego.

W wiosce mieszkało dwoje młodych ludzi. Kochali się, a i ich rodzice wyrażali zgodę na ich ślub.
Dziewczyna i chłopak, gdy nie słuchali opowieści starszyzny, rozprawiali w blasku ognia o wierzeniach swego ludu podczas długich zimowych wieczorów we wspólnej izbie wioski.  Byli młodzi, wydawało im się, że wiedzą więcej niż starzy.
– Jak można mówić, że to Enedai daje plony, skoro to ziemia, woda i słońce? – mówił chłopak.
– To prawda, ale to Enedai stworzyła ziarna – argumentowała dziewczyna.
– Nie, ziarna rodzą się w zbożu. Enedai nie daje nam ich, to ziemia, słońce i woda, to prawdziwi bogowie. – chłopak nie dawał się przekonać.
Ich dyskusje trwały czasem godzinami, dziewczyna początkowo uparcie trzymała się wpajanych od dzieciństwa wierzeń, jednak upór i argumenty ukochanego zmieniły z czasem jej poglądy.
Pewnego zimowego wieczoru starsi opowiedzieli legendę o istocie z jaskini. Chłopak cicho się roześmiał, dziewczyna również nie dała wiary tej legendzie.
– Gdyby to była prawda, czy nasz lud nadal by tu mieszkał? – zapytał chłopak.
– Wymarlibyśmy dawno temu, wszyscy umarliby z bólu serca po stracie ukochanego. Ja bym umarła – powiedziała dziewczyna.
– Chyba, że… – zaczął chłopak.
– Nie mówisz chyba, że przed nami nikt nie kochał? – przerwała mu – Moi rodzice się kochają, widzę, jak ojciec pomaga matce, jak ona dla niego nie śpi po nocach, byle tylko miał zawsze całe ubranie… a i twoi rodzice również darzą się szacunkiem i miłością. I nie tylko oni w naszej wiosce.
– Masz rację. – chłopak zamilkł na chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał – Więc może tak było przedtem, może część ludzi wracała? Może te osoby, które zostały same z czasem oddawały serce komuś innemu? A może teraz, gdy nikt do istoty nie chodzi, nasz lud nie boi się kochać. Może to ona zabraniała kochać?
Dziewczyna początkowo zdziwiła się, że jej ukochany, który do tej pory śmiał się z wierzeń i podań starszyzny, mówi takie rzeczy, ale szybko się z tego wrażenia otrząsnęła i powiedziała:
– Mówisz tak, jakbyś wierzył, że istota jest. A przecież to kolejna bajda, jak z Enedai. Wiem, chodźmy jej poszukać. Niczym nie ryzykujemy, bo jej nie ma.
– Nie wiem, czy to dobra myśl…
– Boisz się? – wiedziała, że biorąc go pod włos dostanie, co chce.
– Skąd.  Pomyślałem, że moglibyśmy poczekać aż zima trochę zelżeje. Nie musielibyśmy brać ciężkich kożuchów, a i może jadła mniej na drogę by się dało zabrać. – usprawiedliwił się chłopak, ona jednak wiedziała, że nie to chciał wcześniej powiedzieć.
– Dobrze, poczekajmy więc. – przytaknęła

Dni mijały, mróz jednak nie łagodniał, chłopak i dziewczyna nadal rozmawiali o swej wyprawie i snuli plany.
– Jak myślisz, po co tam chodzili? Czy nie byli pewni swej miłości? – spytała pewnego wieczoru dziewczyna.
– Uzgodniliśmy przecież, że to tylko bajka, która ma odstraszyć dzieci, żeby nie chodziły w góry.
– Tak, ale przecież legendy coś mówią? Po prostu jestem ciekawa.
– Legendy mówią, że tylko prawdziwa miłość może zabić istotę. I dlatego myślę, że to jednak bzdury, bo przecież to ona zabija jedną osobę z pary naprawdę się kochających ludzi.
– Masz rację, to zdecydowanie nie trzyma się kupy.

Minęło parę tygodni i mrozy odpuściły. U podnóża gór jeszcze gdzieniegdzie leżał śnieg, szczyty nadal skute były lodem, ale dziewczyna i chłopak nie mogli się już doczekać spotkania z istotą.
Wyruszyli o świcie, zabierając prowiant na cztery dni i ciepłe okrycia. Szli żartując i śpiewając wesołe piosenki. Po południu pierwszego dnia dotarli do gór i rozbili prowizoryczne obozowisko w małej grocie osłaniającej ich od wiatru. Zasnęli wtuleni w siebie przy ognisku, a następnego dnia o świcie wyruszyli dalej. Tego dnia zwiedzili trzy jaskinie, nic w nich jednak nie znaleźli. Wieczorem postanowili, że jeśli jutro do południa nie znajdą istoty, muszą wracać, gdyż tylko na tyle czasu starczy im prowiantu.
Przebudzili się o brzasku, i po śniadaniu ruszyli w drogę, szukając jaskini istoty. Wkrótce ujrzeli małego, białego ptaszka, który jakby wisiał w powietrzu. Ptaszek zaświergotał wesoło i zatoczył kółko, po chwili drugie i trzecie, wyraźnie chcąc im coś przekazać.
– Pójdźmy za nim – powiedziała dziewczyna. Chłopak zgodził się i po chwili ptaszek zniknął w otworze jaskini. Weszli do niej bez zastanowienia, chłopak zapalił latarnię i ruszyli przed siebie.
Praktycznie od samego wlotu w jaskini dała się wyczuć dziwna atmosfera, w powietrzu, cieplejszym, niż w poprzednich jaskiniach, jakie odwiedzili, unosił się jakiś dziwny zapach, bardzo przyjemny, ale z niczym się nie kojarzący. Po jakimś czasie usłyszeli śpiew ptaszka, który ich w to miejsce przywiódł. Śpiew wydawał się dosyć odległy, jednak łatwo było ustalić, z którego kierunku dochodził, więc poszli w tamtą stronę.
Po jakimś czasie zauważyli, że wokół jest coraz jaśniej, po dłuższej chwili latarnia nie była już potrzebna, chłopak zgasił więc lont, by nie marnować oleju. Znaleźli się w olbrzymiej grocie, rozświetlanym przez niezwykłą latarnię, jakiej nigdy nie widzieli. Była to ogromna, biała kula, jaśniejąca oślepiająco białym światłem.
Ptaszek krążył po grocie świergocąc, w pewnym momencie zniknął im z oczu w kuli światła.  Usłyszeli raz jeszcze jego śpiew, który tym razem przypominał perlisty śmiech, a potem ujrzeli coś, w co nie mogli uwierzyć. Ptaszek na ich oczach zaczął rosnąć w świetle kuli, a po chwili w ich kierunku kroczyła nieopisanie piękna istota w białej szacie. W dzisiejszych czasach powiedzielibyśmy, że istota była ubrana w białe, jedwabne, tradycyjne japońskie kimono, wyszywane srebrną nicią i wysadzane diamentami. Im szata wydawała się pochodzić nie z tego świata, a istota o białej skórze i białych włosach, która je nosiła, kimś najpiękniejszym na świecie.
Przez długą chwilę nie padło ani jedno słowo, istota patrzyła na nich, a oni na istotę, w końcu usłyszeli jej głos, przywodzący na myśl najpiękniej śpiewające ptaki, szemranie strumyka i grę na lutni największego wirtuoza:
– Więc przyszliście, by wasz los się dopełnił. Wasz i mój, jak mniemam – urzeczeni nie potrafili wymówić ani słowa, istota kontynuowała więc – już od wielu pokoleń nikt mnie nie odwiedzał. Ale kiedyś przychodzili, o tak, przychodzili. Wielu odeszło, ale wielu zostało, by dotrzymać mi towarzystwa i stać się moim pokarmem. Ci, co odchodzili nie byli już tymi samymi ludźmi, ci co zostawali, przestawali nimi być. Wy zostaniecie, widzę to w was. Czekałam, długo czekałam, zbyt długo. Teraz jestem już bardzo spragniona…
– Dlaczego nie wyszłaś poza jaskinię? – każde z nich myślało, że to drugie wypowiada to pytanie. Może wypowiedzieli je wspólnie, a może ono wcale nie padło?
– Wychodziłam, jakże bym inaczej dotrwała do tej pory? Poza tą grotą jestem tylko ptaszkiem, zdolnym do upolowania muchy, czy pożywienia się nasionkiem. Ale nie tu, o nie. Tu mogę być sobą. Z czym do mnie przychodzicie? Z pytaniem, czy wasza miłość jest prawdziwa, jak wasi poprzednicy? Czyż już nie znacie odpowiedzi? – istota popatrzyła na nich badawczo – o nie, wy przychodzicie z czymś innym. Wy przyszliście po mnie, przyszliście udowodnić, że ja istnieję. – w grocie rozległ się jej śmiech i w tej samej chwili poczuli się dziwnie słabi – Istnieję, ale udowodnicie to wyłącznie sobie. A teraz padną najważniejsze pytania: Chłopcze, czy kochasz ją na tyle, by oddać za nią życie? Odejdzie bezpieczna.
– Tak! – odpowiada bez wahania chłopak.
Perlisty śmiech istoty rozlega się w grocie, a oni znów czują osłabienie.
– A ty, dziewczyno? Umrzesz, jeśli on będzie mógł odejść?
– Tak! – mówi dziewczyna.
Znów śmiech i osłabienie.
– Dam wam ostatnią szansę. Jedno z was może odejść, jedno zostanie ze mną, które więc chce być mym towarzyszem i pożywieniem?
– Weź mnie! – wykrzykują jednocześnie.
– Dobrze więc! Zrobię, jak chcecie, tak bardzo jestem głodna! Nigdy do tej pory nie miałam takiej uczty, zawsze jedna z osób kochała bardziej, a druga oddawała mi ją za własną wolność, lub też ich miłość nic nie znaczyła, więc nie była dla mnie pożywieniem. – znów śmiech, bolesne osłabienie – Ale wy! O, wy jesteście wyjątkowi. Zgodnie więc z waszym życzeniem, umrzecie razem, a wasze dusze staną się częścią mojej kuli.
Istota zaczyna śpiewać, jej pieśń jest niezwykła – piękna, a zarazem straszna. Śpiewając istota unosi się lekko w powietrzu, a każdy dźwięk sprawia, że na ciałach młodych kochanków pojawiają się maleńkie dziurki. Oni nawet nie wyczuwają ich obecności, zasłuchani w śpiew istoty, jednak z tych otworów sączy się powoli krew, która strużkami płynie w powietrzu w kierunku istoty. Tuż przed nią krew formuje kulę. Pieśń trwa.
Chłopak i dziewczyna powoli opadają z sił, nie ma już dla nich ratunku, w ostatnich chwilach docierają jednak do nich słowa prawdy o plemiennym podaniu wypowiedziane przez istotę i ta myśl dodaje im otuchy. A więc byli jedynymi ludźmi w historii, których miłość okazała się prawdziwa. Umierają razem, tak jak pragnęli, co prawda nie po wielu latach spędzonych razem, ale w prawdziwej miłości. Sięgają ku sobie, by po raz ostatni złapać się za ręce, to takie trudne…
Pieśń istoty trwa, kula z krwi dziewczyny i chłopaka przed nią staje się z każdą chwilą większa. Istota jest bardzo spragniona i nie czeka końca pieśni, nie może się powstrzymać, by choć odrobinę nie spróbować… kula wypuszcza w kierunku jej ust strużkę, którą istota zaczyna łapczywie spijać, przerywając na ułamek sekundy pieśń…
W tej samej chwili dłonie młodych się stykają i dzieje się coś niespodziewanego, nagle bieg krwi zmienia swój kierunek, i to w ich kierunku płynie teraz strużka, rozdzielając się na dwie. Istota zaczyna promieniować światłem, próbuje coś zrobić, ale strużka krwi, która wciąż dotyka jej ust zdaje się czerpać z niej światło. Im oni stają się silniejsi, tym jej światło staje się słabsze…
Nie wiadomo, jak długo to trwa, jednak w końcu istota gaśnie, potem staje się pyłem.
Dziewczyna i chłopak, inni, niż przed wejściem do jaskini, odchodzą z przeklętej groty bez słowa. Po powrocie do wioski nie opowiadają o swoich przeżyciach nikomu, czasem tylko rozmawiają na ten temat ze sobą. Nigdy więcej nie kwestionują też podań swego ludu, nawet o Enedai, matce plonów.