Monthly Archives: Sierpień 2010

Enter the Ninja

schiza tygodnia!ostrzegam: oglądanie poniższego filmu grozi trwałymi uszkodzeniami psychiki….

Go, Ninja, go!

Reklamy

Smażone zielone pomidory – Fannie Flagg

Chciałam w tygodniu przed ślubem przeczytać coś lekkiego, na odstresowanie, ale jakoś mi nie podeszła. Przeczytałam około 50 stron i nie potrafiła mnie wciągnąć. Nasunęła mi się tylko refleksja, że starsi ludzie są bardzo samotni i mają wiele do powiedzenia.

Mamy z narzeczonym sąsiadkę, panią Danusię, którą musimy zacząć częściej odwiedzać. Chce nam opowiedzieć historię swojego życia, która jest bardzo ciekawa – była żoną dyplomaty za komuny.

Dziwna historia o upiorach z latarnią w kształcie piwonii – Enchō Sanyūtei

Enchō Sanyūtei, XIX wieczny pisarz japoński, oparł swoją historię na przekazach ustnych wyrastających z kręgu tradycyjnej narracji, a temat został zaczerpnięty ze starej chińskiej noweli wykorzystywanej w Japonii do nauki języka chińskiego.

Dla mnie, żyjącej w XXI wieku Europejki, obraz feudalnej Japonii ze swymi podziałami społecznymi, obyczajami i kodeksem samurajów jest fascynujący ze względu na swą odmienność od ówczesnej Europy. To świat, gdzie najwyższym skarbem mężczyzny (i kobiety) jest honor, za zachowanie którego mężczyzna gotów jest zapłacić najwyższą cenę. To świat, w którym status społeczny mężczyzny rozpoznaje się po przydziale ryżu, a kobiety po fryzurze.

„Dziwna historia” jest pełna intryg, nieoczekiwanych zwrotów akcji, oraz magii. Jest napisana (przetłumaczona) naprawdę świetnie, czytałam ją z wypiekami na twarzy. Stale utrzymuje w napięciu właściwym powieściom grozy, choć tak naprawdę jest to historia obyczajowa, a miejscami miałam wrażenie, że czytam dramat z umiejętnie rozbudowanymi didaskaliami.

Ku swemu zdziwieniu, podeszłam do „Dziwnej historii…” bardzo emocjonalnie, co mi się bardzo rzadko zdarza. Autor ciekawie nakreślił postaci i ich dylematy moralne, czasem podejmowane decyzje budziły moje zdziwienie, a nawet sprzeciw. „Dziwna historia…” zmieniła moje spojrzenie na Japonię samurajów i zachęciła do dalszego jej zgłębiania w przyszłości.
Kodeks samurajów, mówiący kiedy i za co można zabić innego człowieka, a w jakich warunkach należy otworzyć sobie brzuch jest w moich oczach surowy, nawet skostniały, ale nie barbarzyński. Jeśli np. sługa samuraja wdaje się w bójkę na własną rękę, niezależnie od przyczyny (np. w obronie honoru pana), karą za to jest rozprucie sobie brzucha. Gdyby samuraj zginął z rąk morderców, jego dom okrywa hańba. Niestety nie mogę podać innych przykładów bez zdradzania szczegółów istotnych dla fabuły.
Zaciekawił mnie i rozbawił opis wizyty pana Hagiwary w domu O-Tsuyu, kiedy dziewczyna to zasuwała ścianę spłoszona swoją śmiałością, to ją rozsuwała ciekawa przystojnego gościa. Scena ta, została okraszona kwiatami śliw oraz pewnymi niedopowiedzeniami, co w rezultacie nadało jej nierealnego, wręcz magicznego, uroku.
Kontakty damsko-męskie opisane przez Enchō Sanyūtei pełne są niedopowiedzeń, ukradkowych spojrzeń, rumieńców czy przypadkowych dotknięć. O-Toku choruje z miłości do Koske, podczas zrękowin jednak, zawstydzona, odwraca się do niego plecami, a ich noc poślubna… po prostu przednia komedia!

Zapewniam, że upiory z latarnią w kształcie piwonii są jak najprawdziwsze. I straszne.

Polecam!

Kajmak

Na poprzednie urodziny mój narzeczony zażyczył sobie samca kanarka.  Podobno ładnie śpiewają. Szczerze mówiąc byłam przeciwna trzymaniu ptaka w domu, w klatce, ale… czego się nie robi z miłości 😀

Poszliśmy wspólnie do dużego sklepu zoologicznego, stanęliśmy przed wolierą i szukaliśmy naszego Kajmaka (tak został nazwany jeszcze zanim go kupiłam). Dobór zwierzaka nie jest prosty, w końcu to nie książka, którą, jeśli się nie spodoba, odsprzedam, oddam bądź postawię na półce „na później”. Zwierzę jest żywe, ma swój charakter… tak więc staliśmy przed wolierą dobre pół godziny, zanim zdecydowaliśmy, że tylko jeden kanarek naprawdę chce z nami pójść. Pokazał nam oba skrzydełka, prawy profil, lewy profil, ogonek, skakał wesoło, a przez ten cały czas nie spuszczał z nas oczu.

Tak więc wróciliśmy do mieszkania z kanarkiem (mieszkamy wspólnie już od ponad 2 lat). Nigdy nie miałam w domu ptaka, więc myślałam, że nie da nam w nocy spać, będzie brudził i brzydko pachniał, a tu niespodzianka: nic z tych rzeczy. Grzeczny, wesoły i bardzo inteligentny ptaszek.

Młody jeszcze ptaszek, więc, zgodnie ze słowami pracownika sklepu, śpiewać się dopiero nauczy, można mu puszczać nagrania innych kanarków. Po około dwóch tygodniach Kajmak zaczął podćwierkiwać cichutko, więc my radośnie puszczaliśmy mu z youtube’a innych śpiewaków, karmiliśmy przysmakami. Potem nasz pupilek zaczął skubać dywanik, na którym postawiliśmy klatkę – młody jest, chce się bawić. Po paru dniach wybudował gniazdo z wyskubanych nitek – młody to i samotny, trzeba mu pewnie samiczkę kupić. W dniu powstania gniazda, wieczorem, wchodzę do pokoju i… nie wiem co zrobić. W gnieździe leży jajko. Nasz Kajmak zniósł jajko. Nasz Kajmak to chyba Kremówka…

Udaliśmy się do sklepu z paragonem i jajkiem i uzyskaliśmy zwrot różnicy w cenie samca i samicy (90 zł – samica kanarka nie śpiewa).

Kajmak nadal ma tak na imię, jest z nami od półtora roku, jest rozwódką, gdyż swego pierwszego „męża” Tora (nabytego jako lek na „depresję poporodową”), terroryzował, obecnie ma drugiego „męża”, Albercika. Toruś ma „żonę” Kulkę (kanarek śpiewa pięknie, ale robi to z tęsknoty).

Morał: ptaki kupujemy od hodowców, którzy umieją odróżnić płeć w każdym wieku i okresie roku – czyli nie po śpiewie. Ponadto mamy pewność, że kupujemy ptaki zdrowe, bez pasożytów, co w sklepach zoologicznych często się zdarza.

Amerykańscy Bogowie wersja autorska – Neil Gaiman

Druga książka o zdetronizowanych bogach, jaką czytam w przeciągu miesiąca, ale tym razem wciągająca i błyskotliwa. Jedna z najlepszych książek, jakie miałam przyjemność przeczytać w życiu. Jest jak dobre wino, które sączy się powoli, kontemplując, w smaku winogron wyczuwając promienie słoneczne i wietrzyk, pozwalając smakowi się rozwijać – małymi kroczkami ku niesamowitemu zakończeniu.

Sposób konstruowania fabuły kojarzy mi się trochę z Lynchem (wybaczcie filmowe skojarzenie) – nigdy nie wiesz, gdzie tak naprawdę przebiega granica między jawą a snem, nic nie jest przewidywalne, nic nie jest oczywiste.

Doprawdy najlepsza powieść Gaimana. Przez jej karty galopuje istny tabun bogów, bóstw i pomniejszych duchów z mitologii nordyckiej, celtyckiej, egipskiej, afrykańskiej, hinduskiej, słowiańskiej, i wielu innych… Zaiste autor ma i wiedzę i wyobraźnię (choć golema przypisuje polskiej glinie – rabin Low urodził się, co prawda, w Poznaniu, ale golem powstał w Pradze czeskiej. Licencia poetica.)!

Odwracałam kolejne strony z bardzo mieszanymi uczuciami: z jednej strony cieszyłam się, że wkrótce wszystkiego się dowiem, ale z drugiej czułam smutek, bo to już za 200, 100, 10, 9, 8… koniec…!

Ale do czegoś się muszę przyczepić: za dużo jest opisów technicznych szczegółów sztuczek z monetami, które w dodatku są troche za mało „plastyczne” (przynajmniej dla mnie, laika w szutczkach z monetami), żebym rzeczywiście widziała ćwierćdolarówki pojawiające się znikąd w palcach Cienia…

Przyczepię się jeszcze do przetłumaczenia przez Panią Braiter (którą uważam za jedną z najlepszych w swoim fachu) imienia Low-key jako Lokaj – pozostawienie go nie zaszkodziłoby książce.

Nota od wydawnictwa niewiele ma wspólnego z fabułą, ale może to i dobrze, dzięki temu lektura jest tym bardziej fascynująca.

Nie powiem nic więcej ponad to, że w tej chwili czuję się jak taki mały chochlik, leprechaun, czy inny elf, który chichoce psotnie w kułak, bo ja wiem, a wy nie…

Polecam!

Nigdziebądź – Neil Gaiman

„Nigdziebądź” jest przeniesieniem serialu na papier, a jednak, zgodnie ze słowami Sapkowskiego „nie grzeszy (…) typowym grzechem novelisations, których autorzy nader często ograniczają się do mechanicznego wtykania didaskaliów pomiędzy kwestie filmowego dialogu”. Rzeczywiście, akcja rozwija się powoli, ale konsekwentnie i bez żadnej drewnianej sztuczności. Co prawda układ powieści przywodzi na myśl serial, rozdziały podzielone są na sceny i kończą się typowo dla odcinków serialu – zawieszeniem akcji w najciekawszym momencie.

Nagrodą za serce okazane przez Richarda Mayhew rannej dziewczynie okazuje się utrata narzeczonej, pracy, tożsamości, wszystkiego, co znał i do czego przywykł żyjąc w słodkiej nieświadomości w Londynie Nad. Nasz główny bohater notuje w swym myślowym pamiętniku „W tym drugim Londynie żyją setki ludzi, może tysiące. Ludzi, którzy pochodzą stąd albo którzy zniknęli w szczelinach świata.”. Londyn Pod jest diametralnie różny od Londynu Nad, jest to okrutny, brutalny świat, to świat „wśród kanałów, magii i mroku” gdzie każdy ma przed sobą perspektywę „życia krótszego niż jętka o skłonnościach samobójczych”. W Londynie Pod nawet zwykła instrukcja w metrze „Prosimy odsunąć się od krawędzi torów” posiada mocno przewrotne znaczenie, które poznaje Richard w swej początkowej naiwności.

Ukłon w stronę doskonale nakreślonych postaci pana Croupa, uprzejmego i pięknie się wysławiającego, oraz pana Vandemara wiecznie głodnego, lekko ograniczonego umysłowo, którzy razem stanowią śmiercionośny duet. Te postacie aż zioną złem, dogłębnym okrucieństwem:
„-Proszę się z nimi pożegnać, panie Vandemar – rozległ się za nimi głos pana Croupa.
– Pa, pa! – zawołał pan Vandemar.
– Nie, nie – poprawił pan Croup – Au revoir.
A potem wydał z siebie odgłos kukania, które mogłoby pochodzić z gardła kukułki, gdyby miała metr sześćdziesiąt pięć wzrostu i apetyt na ludzkie ciało – podczas gdy pan Vandemar, wierniejszy swej naturze, odrzucił krągłą głowę i zawył niczym wilk: upiorny, groźny i szalony.”

Autor oszczędnie uchyla rąbka tajemnicy, jednak robi to bardzo umiejętnie, nie ma dłużyzn, nerwowego oczekiwania „kiedy wreszcie coś się wydarzy”, czyta się bardzo dobrze. Zaskakująca fabuła, i choć w pewnym momencie domyśliłam się, kto stoi za śmiercią rodziny Drzwi, to jednak odrzuciłam tę myśl równie szybko, jak się pojawiła.

Ta książka jest przykładem świetnie napisanej fantastyki, jest przepełniona atmosferą tajemniczości i magią, a wszystko to zaserwowane zostało z najczarniejszym humorem. Ocena: 7/10 dlatego, że nie znalazłam odpowiedzi na pewne pytania, które zrodziły mi się w trakcie czytania.

Księga cmentarna – Neil Gaiman

Książka, którą chciałam przeczytać już od jakiegoś czasu. Na całość składają się opowiadania z różnych okresów dzieciństwa Nikta, powiązane są ze sobą przede wszystkim postacią Jacka, mordercy rodziny Nikta, oraz zdobywanej przez głównego bohatera wiedzy, która w momencie kulminacyjnym odegra kluczową rolę.

Przede wszystkim muszę przyznać, że jest świetnie napisana, trzyma w napięciu od pierwszego do ostatniego słowa, jest nieprzeciętna, nie ulega jednak wątpliwości, że jest kierowana do dzieci (starszych), stąd nieco trudniej jest mi ją ocenić z perspektywy dorosłego, dlatego punkty uśredniam.

Moje „wewnętrzne dziecko” było zafascynowane mroczną, niesamowitą atmosferą, poznawało ciekawe postacie, wraz z Niktem Owensem przeżywało z zapartym tchem przygody na cmentarzu i poza nim. Ocena: 10/10.

Dorosła ja docenia doskonałą narrację, ciekawą, pełną magii fabułę, iście burtonowską rzeczywistość (niestety skojarzenie samo ciśnie się „na klawisze”), przedni czarny humor, ale… zauważa też sporo niedopowiedzeń, których dziecko nie dostrzegło. Ocena: 6/10.

Moja przygoda z Panem Gaimanem będzie trwała nadal dzięki tej rewelacyjnej powieści dla dzieci, którą naprawdę polecam.

Z ojca zrodzona…

Ehh, załatwianie formalności przedślubnych to stres, chodzenie po urzędach i kościołach, choć czasem owocuje ciekawymi odkryciami. Ale w naszym przypadku to już zaczyna o obłęd zahaczać…

Podczas odbierania świadectwa chrztu dowiedziałam się, że jestem z ojca zrodzona. To chyba nawet lepsze od niepokalanego poczęcia 😛 Po prostu nie wpisano mojej mamy do ksiąg parafialnych, oczywiście trzeba było wziąć dodatkowe świadectwo urodzenia (tu bez problemów) i wyjaśnić sprawę.  Ale żeby na tym się skończyło… 

W sobotę stawiliśmy się u księdza ze świadkami, licencją na ślub i zamkniętą kopertą z USC.  Przez cały miesiąc, kiedy koperta owa sobie grzecznie spoczywała na komodzie w naszym mieszkaniu, kusiło mnie, żeby do niej zerknąć (zakazany owoc itp., itd.). Ksiądz proboszcz parafii, w której staniemy na ślubnym kobiercu, otworzył kopertę, popatrzył na zaświadczenie, na nas, na zaświadczenie, na nas… i zapytał, czy wiemy, że Piotr jest zrodzony z ojca Janusza i matki Tadeusza, a ja z ojca Barbary i matki Barbary.

!!!

Ja wiem, powinniśmy byli zauważyć pomyłkę już w USC. Ale w końcu żadne z nas nigdy wcześniej nie składało zapewnień, więc liczyliśmy na to, że pani urzędzniczka, która bądź co bądź, od ok. 30 lat wypełnia te dokumenty, błędów nie popełni! A tak mnie kusiło, żeby zajrzeć do tej koperty…

Bez śladu – Linwood Barclay

Zacznę od uwagi do tłumacza: w większości przypadków wystarcza użyć pierwszego znaczenia wyrazu, ale czasem drugie czy nawet piąte zdecydowanie uchroniłoby zdanie od pewnej sztuczności.

Dalej zwrócę uwagę na wprost spektakularne literówki, od których aż tłoczno w całej książce, i tak np. „leczo co by się stało, gdybym nagle padł na serce?” – w jakim celu książkę sprawdza aż dwóch korektorów, skoro i tak leczo, czy inne klopsiki są w stanie w jednej chwili zburzyć suspence starannie budowany przez autora?

Następnie zaznaczę, że pomimo powyższych uwag, sądzę, że książka jest napisana dobrze, każdą następną stronę „połyka się” w niesamowitym tempie, byle tylko jak najszybciej dowiedzieć się, co się wydarzyło. Co prawda denerwowało mnie ciągłe poruszanie tematu ograniczonych funduszy – główni bohaterowie każdego centa oglądają z obu stron. Ok: życie. Ale czy musi to być podkreślane w prawie każdym rozdziale? Przecież to nie jest poradnik ekonomii gospodarstwa domowego! Jest też kilka „dłużyzn”, narrator próbuje sam poukładać puzzle, co niestety jest nieco nużące, jednak czytałam już gorzej napisane książki i tu czepiać się mocno nie będę.

Moja ocena 2/5. Dlaczego?  Po pierwszych 50 stronach miałam już trzy teorie wyjaśnienia zagadki. Po 150 stronach jedną z nich odrzuciłam. Po ok. 250 stronach byłam już pewna rozwiązania tajemnicy głównej oraz kilku innych drobnych sekretów – książka liczy nieco ponad 400 stron. A najśmieszniejsze jest to, że prawdziwe okazało się nie tylko rozwiązanie, które jako pierwsze mi przyszło do głowy, ale w dodatku to, które uznałam za zbyt oczywiste (ale go nie odrzuciłam ze względu na wysokie prawdopodobieństwo)…

Może gdybym nie czytała wcześniej wielu thrillerów i kryminałów oraz nie oglądała CSI intryga nie byłaby dla mnie tak oczywista, jednak, niestety, rozczarowałam się.

Mój „dealer towaru”

Pierwszy zakup
Jak zwykle byłam parę minut wcześniej, zastanawiając się, jak go rozpoznam w ruchliwym miejscu, kiedy… widzę faceta ok. 2m wzrostu, łysego, ubranego na czarno, w ciemnych okularach, z dwoma sporymi torbami. Znikąd otacza go grupa ludzi, on otwiera swoje torby i… zaczyna rozdawać książki. Dwumetrowy gagatek o aparycji dealera okazał się moim sprzedawcą, bardzo sympatycznym zresztą.

Wyznaję: jestem uzależniona od kupowania książek. Kupuję głównie przez internet (przede wszystkim allegro), bo taniej, i szybciej, i wybór większy.

Jakiś czas temu przy okazji uzupełniania kolekcji książek Christophera Moore’a znalazłam użytkownika hajduchek, nowe książki nawet do 10 zł taniej przy odbiorze osobistym na stacji metra Racławicka i od tego czasu kupuję głownie u niego – mniej więcej co czwarta książka wychodzi mi gratis…